Mort, czyli jak powstają potwory.

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Mort, czyli jak powstają potwory.

Postautor: Bartosz » 16 sierpnia 2009, 15:28

HISTORIA MORTA CZARNYM ZWANEGO, OPARTA NA ZAPISKACH JEGO ORAZ NA HISTORIACH NA LODOR USŁYSZANYCH, PRZEZ PIRATÓW OPOWIADANYCH, SPISANA W CAŁOŚCI PRZEZ BAJARZA HIACYNTA RZEPĘ NA PRZESTODZE DZIATWIE WSZELAKIEJ O TYM JAKO NIENAWIŚĆ I POMSTA PRZECIW TOBIE ZWRÓCIĆ SIĘ MOGĄ.

*****
-Mooort!!! -Wysoka kobieta ubrana w kwiecistą suknie drze się w niebogłosy wołając nieposłusznego dzieciaka. Ze zrezygnowaniem opiera się o framugę drzwi, lewą ręką odgarnia z czoła niesforny kosmyk włosów, który jakimś sposobem uciekł z pod czepca.
-Zaaaraaaz!!!- odwrzaskuje cztero, a może pięcioletni czarnowłosy dzieciak, pędząc za rówieśnikami z kijem imitującym miecz. – Jeszcze chwila!!!
-Mooort, natychmiast do domu!!!! -ponawia wołanie – Co za skaranie z tym dzieciakiem.
Przypatruje się chwilę bawiącej się latorośli uśmiechając się kącikiem ust. Stoi jeszcze chwilę w drzwiach, poprawia suknię.
-Mooort, bo powiem ojcu, zobaczysz…
Chłopiec nie zatrzymując się ani na chwilę nagle zmienił kierunek i w te pędy pobiegł do domu. Groźba matki była straszna. Jeśli ojciec dowiedział by się' że był nieposłuszny… na pewno nie opowiedział by mu dzisiaj historii.
- No, nareszcie łobuziaku – matka chłopca uśmiechając się szeroko, zmierzwiła dłonią nastroszoną czuprynę przebiegającej koło niej pociechy – umyć się, kolacja i spać , ale już. Ojciec za chwilę wróci z lasu.
Izba była niewielka. Centralne miejsce zajmował olbrzymi stół, wokół którego toczyło się całe rodzinne życie. Tam przygotowywano potrawy, jadano. Tam ojciec wykonywał wszelkiego rodzaju drobne naprawy, matka cerowała ubrania, uczyła chłopca trudnej sztuki czytania i pisania. Tam wreszcie po kolacji ojciec opowiadał ciekawe historie, ciekawe i straszne, o smokach , magach , cudownych elfach i strasznych drowach.. O ludziach żyjących dawno temu w lodowej odległej krainie i o wspaniałych bohaterach, którzy bronili ludzi tam żyjących . O strasznym i potężnym tajemniczym bractwie Cieni, które postępem i zdradą podbiło całą krainę, i o walkach z nimi o odzyskanie wolności.
Wieczerza była skromna, nie powodziło im się zbyt dobrze. Ojciec był dobrym i mądrym człowiekiem, ale niestety miał tę wadę, iż był szczery i mówił to, co myśli, co nie wszystkim się podobało. Z tego powodu nie mógł znaleźć żadnej pracy, choć w osadzie nie było żadnego nauczyciela, a nadawał się do tego znakomicie. Niestety wójt nie lubił ojca, może z tego powody, że na zebraniach zadawał niewygodne pytania. W każdym razie pewnego dnia bank zażądał natychmiastowej spłaty kredytu za dom, więc musieli go sprzedać i przenieść się do tej małej chałupiny na skraju wsi.
Po posiłku i wieczornej kąpieli ( następne dziwactwo, tym razem matki, kazała się myć nawet kilka razy dziennie i przynajmniej raz dziennie kąpać, podobno to zdrowe, śmieszne przecież wszyscy wiedzą, że zapach odstrasza choroby i demony, ale z matką na ten temat nie dało się dyskutować, zresztą ojciec trzymał jej stronę) ojciec, jak zawsze, zasiadł przy piecu, opierając się o niego plecami, posadził syna na kolanach i zaczął bajanie.
-Dawno, dawno temu, w odległej krainie zwanej Lodor, w osadzie przez cały czas skutej lodem i śniegiem….
- Tato, ale opowiadałeś mi już o Aludur – przerwał mu malec.
Ojciec uśmiechnął się i odparł
– Nie przerywaj, urwisie. Dzisiaj opowiem ci historię dziwną i straszną. Opowiem ci o kimś, kto należał do bractwa Cieni, lecz nie wiadomo, co się z nim stało po zagładzie bractwa, nie wiadomo też skąd przywędrował w tamte strony. Opowiadano o nim dziwne rzeczy, iż miał zatargi z bogami i szukał na nich pomsty, że nigdy nikomu nie był wierny, jeno sobie. Mówiono, że bogowie zesłali na niego klątwę, ale jaka ona była, do tej pory nie wiadomo. Mówiono, iż jego jedynym przyjacielem był demon, którego zresztą później zabił. Był potężnym i okrutnym człekiem, życie ludzkie nic dla niego nie znaczyło, honorem gardził, posługiwał się kłamstwem, pomówieniem i obłudą, aby osiągnąć swe cele. Skłócił ze sobą trzy rasy i doprowadził do wojny, aby zaspokoić swoje ambicje. Kto wie, może to i on doprowadził bractwo Cieni do zagłady, gdy przestali mu być potrzebni, kto wie? Wiadomo jedynie, iż nazywano go PRZEKLĘTYM, a imię jego brzmiało KANE.
Malec słuchał zafascynowany ojcową opowieścią, a jego oczy robiły się coraz większe i większe…

*****

Zimno. Skostniałe dłonie nie mogą już utrzymać kija, którym się podpierała. Pomimo skór i szmat, którymi się owinęła mróz przenikał ją do szpiku kości. Dziecko zatytłane w drugi tłumok szmat płakało cicho. Był ciężki, taki ciężki.
W oddali było widać jakieś światło, może są tam jacyś ludzie… Musi tam dojść. Musi.
Kij wypadł jej ze zgrabiałych rąk, spojrzała na swoje dłonie. Palce były całe czarne i pokryte strupami. Dłoni już też nie czuła. Wiedziała, co to jest. Mróz wygrał walkę z jej ciałem. Stóp też już nie czuła, lecz lękała się odwinąć szmaty ze stóp, aby ocenić stopień odmrożeń. Musi dojść, …Ale jest tak zimno, a on jest taki ciężki…
Ciężko stawiała kroki brodząc po pas w głębokim śniegu. Przebrnęła kilkadziesiąt metrów, ciężko łapiąc oddech, już niedaleko, słychać jakieś głosy, pomogą…
Potknęła się o mało co nie upadając na syna. Stanęła na chwilę, aby odsapnąć, oparła się ciężko o zamarznięty konar. Tylko chwilę odpocznie i pójdzie dalej. Tylko chwilę. Nawet nie zauważyła, że powoli zaczęła się osuwać po konarze. Po chwili siedziała w śniegu tuląc do siebie dziecię, oddając mu ostatnie resztki ciepła. Wzrok zrobił się mętny, oddech płytki. Jeszcze tylko chwilę i pójdzie dalej, tylko jeszcze chwilę, on jest taki ciężki, a na dworze tak zimno… Chociaż nie, chyba się ociepliło, bo nie czuła już mrozu, tylko delikatne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Spojrzała w dół na swe dziecię, zobaczyła zapłakane, wystraszone oczy, rumianą od zimna twarzyczkę, włosy pokryte śniegiem.
- Mamo, mamo, co ci jest – usłyszała płaczliwy głos – maaamo, wstawaj, maamo - drobne rączki szarpały ją za ramię - Mamo, jeszcze tylko trochę, maaamoooo - szloch robił się coraz cichszy..- Maamooo….
Przed oczami ujrzała swego męża, uśmiechał się do niej łagodnie i przyzywał do siebie gestem dłoni. Dookoła jego sylwetki lśniło przepiękne światło, wyglądał tak młodo i pięknie…
- Nie mogę – wyszeptała cicho – nie mogę , muszę go uratować. Jej mąż uśmiechnął się ciepło i wskazał na coś za nią.
- Już to zrobiłaś, choć, reszta już nie zależy od nas. – wyszeptał czule. Obróciła powoli głowę. Światła, które przed chwilą widziała, zbliżały się szybko tańcząc po lesie. Szukali ich, musieli usłyszeć płacz dziecka. Jest uratowane.
Ogarnęło ją nieziemskie ciepło, zmęczenie ustąpiło, poczuła się taka lekka. Wyciągnęła dłonie do ukochanego, lecz gdy chciała do niego już iść, przypomniała sobie nagle o dziecku.
- A on, co z nim? Czy wyrośnie na dobrego człowieka? Czy nie zrobią mu krzywdy? On mnie potrzebuje …
- Nic mu nie będzie, zajmą się nim, twój czas już się skończył. Mówił cicho i łagodnie, tak jakby tłumaczył coś małemu dziecku – Nic już nie możesz zrobić.
Spojrzała ostatni raz na syna. Ze zdumieniem stwierdziła, że patrzy z góry na swoje ciało, zamarznięte, wycięczone ciało, którym w ostatniej chwili zdążyła jeszcze osłonić dziecko przed mrozem i śniegiem. Dziecko płakało głośno, szarpało ją za rękaw.
- Mamooo, wstawaj, maamoooo, mamusiuuu wstań, już tu idą, maaamooo…
Podbiegli do nich jacyś ludzie z pochodniami.
– Mam ich, matka z dzieckiem, dawajcie sanie i okrycia. – Zawołał jeden z nich. Drugi nachylił się nad jej ciałem, przyłożyl wierzch dłoni do jej ust, po czym rozerwał jej odzienie na piersi i chwilę nasłuchiwał. Pokręcił przecząco głową.
– Dla niej za późno.
Chłopak szlochał głośno zanosząc się. Mężczyzna bezskutecznie próbował oderwać go od truchła matki.
– Zostaw chłopcze , zostaw , już nic jej nie pomoże , zostaw.
- Nieeee… zostawcie mnie… - chłopiec rzuca się i wyrywa mężczyźnie przytulając się do martwej matki.
- Ona się obudzi, zobaczycie, obudzi się, nie mogła mnie zostawić, obiecała … Maaamooo…
Nagle podchodzi do nich mężczyzna zupełnie inaczej ubrany niż reszta, czuć bijącą od niego aurę władzy i wiedzy, mądrymi oczyma przygląda się chwilę zaistniałej sytuacji, po czym mamrocze cicho pod nosem jakąś inkantację, jednocześnie dotykając czoła rozhisteryzowanego malca. Ten nagle przestaje się rzucać, zapada w głęboki sen.
- Oboje na sanie i do świątyni, malca do lazaretu, a kobietę pochować. - Nakazuje władczym tonem.
– Widać bogini ukochała sobie te dziecię, jeśli przeżyło.
Odwrócił się, otulił szczelniej płaszczem i ruszył w stronę sań. Mężczyźni rozsunęli się z szacunkiem przed nim, żegnając go pozdrowieniem:
-Niech będzie wieczna chwała i jasność Przenajświętszej Matki Życia.
- A z wami wieczne błogosławieństwo Uronii, Rodzicieli i Matki wszelkich stworzeń.
Uspokojona dusza matki zwróciła się w stronę swego ukochanego – Teraz mogę iść, trafił w dobre ręce.
Wyciągnęła do niego ręce, ten złapał ją za dłonie i poprowadził w stronę pięknego światła, na przepiękne ukwiecone łąki…

*****

- Jak śmiesz używać naszych nauk do takich celów – gruby kapłan pieklił się śmiesznie podskakując. Mort przyglądał się mu z lekką pogardą w oczach. Cóż mógł wiedzieć ten śmieszny starzec z duży brzuchem, obchodziło go jedynie, z której strony nadciągnie następny posiłek i czy będzie dokładka. Nigdy nie głodował, nie musiał patrzeć ja rodzice odmawiają sobie posiłku, aby on mógł coś zjeść. To prawda, przygarnęli go, uratowali życie. Ale taka jest ich wiara, tego oczekuje ich bogini. Zrobili to, aby jej się przypodobać, lub ze strachu przed jej gniewem. Zresztą wszystko jedno. Byli słabi. Nie mogli już niczego więcej go nauczyć. Pora zmienić nauczyciela.
- Nasza wiara i nauki naszej bogini służą do niesienia ulgi i leczenia, a nie do, do – starzec zapowietrzył się z wielkiej wściekłości – a nie do tego… To obrzydliwe, to chore i okropne, jak mogłeś…
- Od kiedy wiedza i nauka mogą być obrzydliwe i okropne? – Mort spytał z udanym zdziwieniem – Przecież ja tylko badam jak niektóre mieszanki ziół działają na organizmy - kopnął nogą zwłoki psa – teraz wiadomo, że bagnistego ziela i jadu osy olbrzymiej nie można podawać razem, a przynajmniej w takich dawkach, należy jedynie jeszcze sprawdzić jak będzie działać w dawkach mniejszych.
- Nie nie nie nie – gruby kapłan zaczerwienił się jak panna która pierwszy raz zobaczyła szczającego krasnoluda. – Tak nie można, nasza bogini tego nie pochwala. Nie można zabijać braci mniejszych, aby się o czymś przekonać, tak nie można. Masz zakaz korzystania z laboratorium. Żadnych doświadczeń. Do odwołania. Zobaczymy co na to powie przeor.
*To wasza bogini , nie moja.* Pomyślał Mort. Najwyższy czas się już stąd zabrać. Dowiedział się już wystarczająco dużo, aby przynieść sprawiedliwość ludziom którzy zabili jego ojca i wygnali matkę. Mimo młodego wieku doskonale pamiętał, jak przyniesiono jego ojca po wypadku w lesie. Drzewo zmiażdżyło mu obie nogi. I nagle okazało się, że nie mieli żadnych przyjaciół, wszyscy się od nich odwrócili. Nie mieli pieniędzy na znachorów, ani na kapłanów. *Gdzie byliście wtedy, świętoszki. Gdzie była wasza Pani* Patrzył z ukrywaną nienawiścią na oddalającego się kapłana. Pamiętał. Pamiętał jak Wójt po śmierci ojca nachodził ich co wieczór oferując pomoc i „opiekę”. Wtedy dziwił się czemu matka nie przyjmuje pomocy, ale teraz wiedział na czym ta opieka miała polegać. Pamiętał wieczór, jak piany wójt przestał ukrywać swoje zamiary i jak matka oblawszy go wrzątkiem z wielką awanturą wygoniła z domu. Pamiętał jak następnego dnia przyszli do domu komornicy i zabrali wszystko co mieli za długi które ponoć mieli w banku. Jak pod drzwi przyszła podjudzona czerń oskarżając matkę o czary, i o zabicie swojego męża. Jak wygnali ich w środku zimy, paląc ich dom z resztką dobytki. Pamięta i nie zapomni. Odwdzięczy się.
Jedyne, co tu zyskał, to wiedza o ziołach, o leczeniu chorób i o wywoływaniu ich, chociaż tego akurat sam się nauczył ze starych ksiąg, które potajemnie czytał, wykradając się nocami do biblioteki klasztornej. Tam też odkrył, że opowieści ojca to nie były czcze bajdy dla dzieci. Lodor istniało. Bractwo Cieni też. I co najważniejsze PRZEKLĘTY też. Tylko niestety niebyło zbyt dużo o nim wiadomo. Zresztą wyglądało to raczej na to, że kronikarze specjalnie unikali wzmianek o NIM. Czyżby był aż tak potężny i groźny, że próbowano wymazać go z kart historii? Już dawno postanowił, że będzie taki jak Kane. Świat będzie drżał na dźwięk jego imienia. Ale teraz… Teraz musi spakować się, zanim odkryją prawdę. Zanim zobaczą, że przetestował truciznę nie tylko na zwierzętach, ale że podał ją kilkorgu chorym w lazarecie. Niestety nie będzie mógł dokończyć obserwacji jak zadziała ona na ludzi, i w jaki sposób zemrą. Nie szkodzi. Zobaczy na miejscu, przyglądając się ludziom ze swojej rodzinnej wsi. Może nawet odwiedzi wójta? Jak to dobrze, że na mapach klasztornych zaznaczone są źródła i ujęcia wody dla okolicznych wsi. Trzeba było posłuchać jego rady, a nie udostępniać takie plany każdemu, kto ciekaw. Teraz wystarczy tylko wlać zawartość fiolki… Tyle wystarczy aż nadto.
Spakował szybko parę rzeczy, buty na zmianę, ciepły płaszcz, no i oczywiście swoje narzędzia lekarskie. Dostał je od przeora na 14 urodziny. * Gdybyś starcze wiedział, do czego mi posłużą* Uśmiechnął się w duchu. Przewrócił krzesło do góry nogami, odkręcił nogę i wyjął z jej wydrążonego środka zalakowaną fiolkę z buro zielonym płynem. Ostrożnie owinął ją w szmatę i schował do kieszeni. Potargał prześcieradło i pościel, powiązał w pasy i ostrożnie opuścił się z okna za pomocą tej pospiesznie skonstruowanej liny. Na dole otrzepał ręce, poprawił szatę i ostatni raz zerknął na budynek seminarium. – Jeszcze o mnie usłyszycie – obiecał, po czym obrócił się na pięcie, i szybko zagłębił się w las, kierując się w stronę rodzinnej osady.

*****

- Czy to on? – Przeor zapytał trzęsącym się głosem.
- Najwyraźniej, sekcja stwierdziła, że to ta sama toksyna, którą wykryto u otrutych w lazarecie i u psa w laboratorium. Brat Caleb twierdzi, że tego psa otruł młody Mort, jak mówił, w celach badawczych. Teraz już wiemy, w jakich.
Kapłan starał się nie patrzeć na przeora. Był to smutny widok, człek, który zawsze był taki silny, postawny i pewny siebie, w jednej chwili zamienił się w rozdygotanego starca. Przeor wolnym krokiem podszedł do okna, opierając się oburącz o kamienny parapet spoglądał ponad lasem na dymy pogrzebowe unoszące się w oddali.
- Ilu? – zapytał cicho.
- W tej wsi 467 dusz, ale … - kapłan zawachał się.
- Mów, nie oszczędzaj mnie – rozkazał przeor
- Wielebny, z tego źródła brały wodę jeszcze cztery osady, nie licząc okolicznej zwierzyny. Toksyna nie chce się rozkładać, jeszcze przez lata ziemia nasiąknięta trucizną niczego nie urodzi, a jeśli coś wbrew wszelkiej wiedzy urośnie, będzie równie trujące jak i ona.
Musimy spalić wiele ciał i trucheł zwierząt, odnalezienie wszystkich nie będzie łatwe, trucizna nie działa od razu.- kapłan spuścił głowę- możliwe też, że trzeba będzie spalić duży obszar lasu. Zdaje się, że toksyna przenika do powietrza i pomimo że nie jest już tak zjadliwa, ludzie zaczynają chorować.
Stary mężczyzna patrzy w dal, próbując przeniknąć wzrokiem dym za oknem. *Dlaczego? –myśli – dlaczego tak się stało. Czym cię zawiodłem, moja Pani? Czyżbym miał go nie ratować? Ale przecież twoje nakazy…* Obrócił się powoli do kapłana, wzrok wbił w kamienną posadzkę.
- Jeśli trzeba, spalcie wszystko do gołej ziemi, nie można pozwolić aby więcej bożych stworzeń ucierpiało. Wszelkie wzmianki o NIM - unika wypowiedzenia przeklętego imienia – usunąć z klasztornych rejestrów, zapomnieć, on nigdy nie istniał. Jeśli ludzie się dowiedzą, że kształcił się u nas… Jeśli tylko pomyślą że to nasza wina… Gotowi przez nas oskarżyć Panią i odwrócić się od niej.
-Ale … - kapłan chciał zaoponować.
- Nie ma, ale, wymazać, zapomnieć – starzec nagłym ruchem podnosi głowę i smutnymi oczami wpatruje się w kapłana – Nie znacie ludzkiej natury tak jak ja. Będą szukać winnego, obojętnie gdzie. A my musimy być dla nich podporą i zbawieniem. I niech nam Uronia wybaczy.

*****


Mort wpatruje się w dymy na horyzoncie. Wiatr powiewa jego płaszczem, wysusza błoto na jego butach.
- Nie chciałem tego, nie chciałem żeby tak się to skończyło…- po policzku spływają mu wielkie łzy, ryjąc bruzdy na ubrudzonej i okopconej twarzy. – Mieli zginąć tylko w tamtej wsi, nikt więcej, przecież nie chciałem… - szepce cicho.
Spogląda ze wzgórza na ruiny klasztoru i świątyni. Spalone budynki szkoły i laboratorium, zrujnowana i złupiona świątynia. Z pośród popiołów gdzieniegdzie widać wystające nadpalone kości. Nie oszczędzono nawet przyklasztornego parku. Wszystkie drzewa pościnano i spalono. Straszny jest gniew tłumu. Na zachodniej ścianie świątyni wisi na linie ciało starego człowieka. Połamane kończyny zdradzają, że nie miał lekkiej śmierci. Ciało obdarte ze skóry, poprzepalane miejscami, z rozdartych powłok brzusznych wylały się jelita, na których żerują dwa czarne jak smoła kruki. Tylko po postrzępionej szacie można rozpoznać starego przeora. Wykolonymi oczodołami jakby wpatrywał się w obraz zniszczenia i śmierci. Wykrzywione usta z powybijanymi zębami zdają się mówić* Jednak ktoś wygadał. A nie mówiłem?*
Mort obrócił się na pięcie. *Zapamiętam – obiecał sobie – zapamiętam i kiedyś tu powrócę, aby dokonać sprawiedliwości* Przerzucił swój tobołek przez ramię i ostatni raz spoglądając przez ramię na zgliszcza klasztoru ruszył w stronę północy. *Ale aby tego dokonać, potrzebuję wiedzy i mocy…, więc na Lodor – postanawia w duchu – na Lodor po wiedzę i po moc PRZEKLĘTEGO*
Szedł powoli zostawiając za sobą wznoszące się kolumny czarnego dymu i smród rozkładających się ciał. Jeszcze kiedyś tu wróci. A wtedy….

*****
Ostatnio zmieniony 16 sierpnia 2009, 17:06 przez Bartosz, łącznie zmieniany 1 raz
Awatar użytkownika
Bartosz
 
Posty: 273
Rejestracja: 04 maja 2005, 09:25
Lokalizacja: Zabrze

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie V Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron