Historia rodzeństwa; Terowie na Lodorze

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Historia rodzeństwa; Terowie na Lodorze

Postautor: moskal1991 » 12 grudnia 2008, 00:05

[center]„Czas pokazał kim jesteśmy i jaka była nasza przeszłość... Jednakże nie tylko my tu jesteśmy i tam byliśmy...” – Słowa wypowiedziane przez Wergiliusza Tera, podczas jednego z wykładów dla mieszkańców Cencalu prowadzonego przez legendarnego Alamara. Do dziś nie wiem co to znaczy i nie chcę się dowiedzieć... Zastanawiam się tylko dlaczego ten cytat męczy mnie co noc.[/center]

Kiedy pasały te słowa mieliśmy po parędziesiąt wiosen. Wszyscy siedzieliśmy wtedy na wykładzie odnośnie oręża w drewnianych koszarach zarządcy naszej wioski. Na mojej twarzy malowało się zaciekawienie i zaskoczenie kiedy tylko słyszałem o wspaniałych długich mieczach, które pomagały naszym żołnierzom w utrzymaniu porządku. Mojej siostry, która siedziała obok, nie interesowało to... Do dziś nie wiem czemu nie lubi broni. Lekcję obowiązkową prowadził wysoko postawiony żołnierz naszej wioski, Alamar, który dziś okupuje karty tamtejszej historii. Na ów wykład przybył specjalnie Wergiliusz z bukietem osobiście wyhodowanych kwiatów dla Darii, która również uczestniczyła w zajęciach... Och, jak on się w niej zakochiwał! Ciekawe jak się teraz mają?

Nieważne... Tak czy inaczej tęsknię za czasami sielanki i swawoli. Dzisiaj, gdy piszę te teksty z Faraldoru, mojego... ekhm... Naszego nowego domu, wszystko wygląda inaczej. Nie mamy już wielu służących, którzy pomagali nam, kształcili i niekiedy wychowywali. Teraz musimy pracować w pocie czoła na każdy kawałek chleba, abyśmy mogli przeżyć kolejny dzień. Musze przyznać, że to dosyć ciekawe doświadczenie.

To ostatnia noc, kiedy to pracujemy w pocie czoła dla naszego chlebodawcy. Jutro razem z siostrą otrzymamy nasze pierwsze, a zarazem ostatnie pieniądze i będziemy mogli ruszać w świat w poszukiwaniu przygód. Pozostała mi jeszcze modlitwa do mej Pani, która czuwa nad nami od czasu przybycia na ten kontynent. Mam nadzieję, że nasza coraz większa ochota powrotu do domu, do rodziny nigdy nie zostanie ostudzona.

Tej nocy, gdy rozmawiałem z siostrą na temat przyszłości widziałem w jej oczach niewielkie łzy. Nie mam pojęcia czy to były łzy szczęścia, czy żałoby, jednakże zagroziła mi, abym o tym nikomu nie mówił... Inaczej będą ze mną problemy. Gdy przebywała niedaleko karczmy zasłyszała nieco o problemie, jaki od dłuższego czasu elfy nawiedzał. Mowa tutaj oczywiście o niebieskich jak niebo orkach, które przebywają w Lasach Delir. No dobrze, już kończę. Pora spać.
Osobnik żyjący w niewielkich grupach, często trzymający w dłoniach naczynie z napojami(nawet te aspirujące do miana wyskokowych), snujący się po forumowych korytarzach i nawiedzający co poniektóre duszyczki, znany ze swej dziwności i tworzenia wierszy, wychodzi ze swojego forumowego leża przeważnie w weekendy.

"Z każdej sytuacji jest jakieś zamknięte wyjście ewakuacyjne..."
Awatar użytkownika
moskal1991
 
Posty: 1078
Rejestracja: 31 sierpnia 2005, 14:57
Lokalizacja: Cencal/Heron/Gart

Postautor: moskal1991 » 15 grudnia 2008, 01:06

[center]„A pamiętasz, jak... O, witaj przybyszu!” – Najczęściej padające słowa powitalne z mych ust, kiedy to przebywam z siostrą podczas odpoczynku. Przeważnie wtedy przesiadujemy na ławce w pobliżu ogromnego drzewa w Faraldorze, bądź na pniakach w okolicach pól Brushwood[/center]

Ileż to razy bywało tak, że chciałem przedstawić nieco mojej historii podróżnym, ale nigdy nie wiem jak zareagują na me słowa. Siostra cały czas mi powtarza, abym się wziął w garść, abym nie marudził i brał się za trening, bo wtedy będę w stanie pokazać wszelkim zainteresowanym co mam na myśli. Póki co to tylko słowa, puste słowa, które zawsze mnie ranią i wywołują wspomnienia... Wygląda na to, że Laira w tej rodzinie nosi zbroję, a ja zwykłą szatę...

Pamiętam jak w wiosce pełnej statków przebywał pewien niziołczy starzec, który pamiętał doskonale swą przeszłość. Sądził, że my wszyscy pochodzimy z Lodoru, wyspy, skąd wschodzi słońce. Znał wiele opowieści na temat goblinów, wróżek czy nawet całych hordach nieumarłych, ulokowanych w ogromnych siedliskach w pobliżu głównych szlaków handlowych. Jednakże ja, ani nikt inny nie wierzył w jego zwariowane, nierealne opowieści. Większość wioski uważała starca za wariata, który od pracy w kuźni, gdyż był on kowalem, poprzewracało mu się w głowie. Jednakże fakt istnienia Lodoru zaciekawił mnie niezmiernie. Aby się upewnić przeszukałem kilka ksiąg w Bibliotece Cencalu. Nic na ten temat nie znalazłem, ale szukałbym tych zapisków dopóki, dopóty Mecherd nie wygonił mnie stamtąd. Uważał, że swoją obecnością płoszę mu klientów... Do tej pory nie mogę zapomnieć jego szczęścia na widok mieszka złota, który wędrował do jego rąk. W końcu to on kierował jedynym w Cencalu bankiem...

Tak czy inaczej trafiliśmy tutaj, na wyspę owianą legendą i musimy na niej żyć, według jej praw. Ciągle się zastanawiam czy podobnie byłoby z Cencalem, gdybym wygłaszał wszelkiego rodzaju mowy o tym mieście na skraju upadku... Być może znalazłbym kilku chętnych paladynów na pokonanie wrogich do wszelkiego życia przeciwników, stojących na drodze do mego domu.

Pewien jestem tylko jednego, wreszcie zostałem Nowicjuszem Uronii. Otrzymałem właśnie symbol Sprawiedliwej Pani i mogę wyruszać w świat. Lecz teraz... Teraz, w Tawernie słucham grających harf i fletów. Czuję jak słodka muzyka oplata me ciało i nadaje mi sił do pisania coraz to nowych linijek tekstu.

(1-7 Leniwego Października 1012r.)
Osobnik żyjący w niewielkich grupach, często trzymający w dłoniach naczynie z napojami(nawet te aspirujące do miana wyskokowych), snujący się po forumowych korytarzach i nawiedzający co poniektóre duszyczki, znany ze swej dziwności i tworzenia wierszy, wychodzi ze swojego forumowego leża przeważnie w weekendy.

"Z każdej sytuacji jest jakieś zamknięte wyjście ewakuacyjne..."
Awatar użytkownika
moskal1991
 
Posty: 1078
Rejestracja: 31 sierpnia 2005, 14:57
Lokalizacja: Cencal/Heron/Gart

Postautor: moskal1991 » 23 stycznia 2009, 10:48

"(...)i pamiętaj! Magia pod wszelkimi postaciami jest zła! - Jedne ze słów Skama, chyba jedynego z czarodziei w Cencalu, który dzisiaj prowadzi sklep z różnymi przyborami.

Zawsze mi te słowa powtarzano. Chyba ostatnim był właśnie Skam, syn alchemika, który w swej głupocie zniszczył jedyną wieżę z tomami magicznej wiedzy w Cencalu. Chciał uzyskać pewien bardzo potężny wytwór alchemiczny, który diametralnie przeniesie szale zwycięstwa na naszą stronę, jednakże pan naszej wioski zakazał prowadzenia tych eksperymentów. Alchemik nie posłuchał, gdyż inteligencja, tak jak siła, często towarzyszyła głupocie. Doświadczenie było przeprowadzane do skutku. Gdy byli blisko i stworzyli protoplastę okazała się niestabilna i wybuchła w ich dłoniach. Eksplozja była tak duża, że niszczyła wieże, zabiła wszystkich uczestników i tych, którzy zapijali swe smutki pod wierzą, bo też tak się zdarzało, a w Cencalu przez moment było tak jasno jak za dnia.

Od tej nocy zatwierdzono zakaz magii pod jakąkolwiek postacią, nie było miejsca dla wyjątków. Nawet Wergiliusz musiał się do tego przystosować, kapłani zaś musieli przenieść swe modlitwy na okoliczne wzgórza... Ciekawe czy do tej pory ten zakaz trwa?

Tutaj, w Faraldorze sytuacja wygląda inaczej. Co prawda tu również jest zakaz czarowania, jednakże trudno komukolwiek się przedrzeć przez mury i można swobodnie przechadzać się po mieście, bez obaw na atak na nasze plecy. Zaś wszędzie indziej magia jest na porządku dziennym. Na każdym kroku słychać jakieś sentencje, ktoś gdzieś kreśli magicznej znaki. To co bywa dla mnie czymś wyjątkowym, tutaj jest codziennością. Pewnie przesadzam, gdyż nie byłem na żadnej wyprawie poza mury Cencalu. My, kapłani, mieliśmy przebywać w domu i pracować jako Medycy, z dala od szumu walki i bezpośredniego starcia... Gdybym był wojownikiem to pewnie Maladyci, albo Maladyści, nie wiem jakiego określenia do dziś używać, potraktowaliby mnie niejedną kulą ognistą...

(25-31 Starego Grudnia 1012r.)
Osobnik żyjący w niewielkich grupach, często trzymający w dłoniach naczynie z napojami(nawet te aspirujące do miana wyskokowych), snujący się po forumowych korytarzach i nawiedzający co poniektóre duszyczki, znany ze swej dziwności i tworzenia wierszy, wychodzi ze swojego forumowego leża przeważnie w weekendy.

"Z każdej sytuacji jest jakieś zamknięte wyjście ewakuacyjne..."
Awatar użytkownika
moskal1991
 
Posty: 1078
Rejestracja: 31 sierpnia 2005, 14:57
Lokalizacja: Cencal/Heron/Gart

Postautor: moskal1991 » 22 lutego 2009, 18:58

[center]"Podróże to największy skarb. Kształcą, wzmacniają i potrafią oczarować..." [/center]
Nie pamiętam, kto te słowa wypowiedział. Prawdę mówiąc nie wiem czy to taka wspaniała rzecz czy też jakikolwiek skarb. Setki godzin wylewania łez, łatania ran, oglądania, jak głowy mych przeciwników unoszą się ku górze tworząc fontannę krwi... Jeśli tak miałyby wyglądać podróże, od razu bym sobie darował.

Pamiętam nie raz, jak moja dusza była zwodzona przez los. Do dzisiaj mam koszmary wywołanie niegdyś przez demilisza, którego chciałem pozbawić bytności na dłuższą chwilę. Niestety wtedy zawiodłem, a koszta tego trwały miesiącami... Bezsenność, nerwowość, pogorszenie skuteczności w walce pojawiały się na każdym przystanku. Dopiero Sprawiedliwa Pani była w stanie mnie wyleczyć, jednakże nie za darmo. Ech... Nie chcę nawet wspominać...

Nieraz rozpamiętuję z siostrą o naszym spotkaniu z Grabarzem, który w pojedynkę sprawia duże zagrożenie. Pełni lęków i obaw żyliśmy w oczekiwaniu na znudzenie się naszego przeciwnika, by potem uciec sił w nogach. Tym razem przeżyliśmy, ale dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że Cytadela jest prawdziwym zagrożeniem. Poza tym Grabarze pod wszelką postacią sprawiają problemy, w szczególności nowe dzieciątka tego całego "bożka", który panuje nad cytadelą.

Wymieniać mógłbym w nieskończoność... Pająki, Undena, Leones, Kryliz... Za każdym razem, gdy wspominam te miejsca nie widzę nic ciekawego, ani pozytywnego. Wręcz przeciwnie. Gdy kładę się spać w karczmie na piętrze pytam siebie czemu tam bez przerwy podróżuję. Chyba gdyby nie dom albo walka dla Przymierza, nie robiłbym tego. Zapewne przesadzam jak zawsze.

Jednakże podążanie ku lepszemu i łatwiejszemu życiu nie ma samych wad... Niekiedy te miejsca chwytają za serce swym urokiem, pięknej i majestatem. Obserwować świat z dachu Cytadeli czy też podziwiać najwyższe punkty świata sprawiają wrażenie, że wszyscy wokół nas wydają się tacy mali... Wiatr, który muska włosy podczas podróży przez względnie bezpieczne wody, zapierające dech w piersiach kotliny, wąwozy, szczyty. Trudno nawet namiastkę mych uczuć związać w proste zdanie... To nie czas na wysilanie się, może kiedyś swe przygody przy czyjejś pomocy spiszę.

(Rok 1012 - 1013)
Osobnik żyjący w niewielkich grupach, często trzymający w dłoniach naczynie z napojami(nawet te aspirujące do miana wyskokowych), snujący się po forumowych korytarzach i nawiedzający co poniektóre duszyczki, znany ze swej dziwności i tworzenia wierszy, wychodzi ze swojego forumowego leża przeważnie w weekendy.

"Z każdej sytuacji jest jakieś zamknięte wyjście ewakuacyjne..."
Awatar użytkownika
moskal1991
 
Posty: 1078
Rejestracja: 31 sierpnia 2005, 14:57
Lokalizacja: Cencal/Heron/Gart

Postautor: moskal1991 » 16 sierpnia 2009, 13:58

[center]"Wysłuchaj mnie, Belulasie! Odłącz tę duszę od ciała i przegnaj ją na zawsze!"[/center]
Mniej więcej tak wyglądały ostatnie słowa, które słyszałem przed zesłaniem do Otchłani. Teraz, pośród pustki i wszechogarniającej lawy, zataczam kółka po ubogim podłożu dla zabicia czasu... Ciekawe ile trwa wieczność?

Cóż, mam nadzieję, że Laira bądź Szary dadzą radę mnie wyciągnąć zanim zapuszczę brodę. Zapasy żywności mam, trochę składników alchemicznych, mam dużo czasu.

Ech... I pomyśleć, że to wszystko z chęci powrotu Aldur do normalności... Teraz, gdy mam tak wiele czasu, posiadam tyle nieciekawych refleksji odnośnie tej ostatniej wyprawy. Aldur sierpniowego poranka - spokojne, ciche śnieżne. Nasza grupa udająca się do bożka z ponurymi zamiarami. Wszystko wydawało się być w porządku, gdyby nie fakt, że w naszej podróży uczestniczył niepotrzebny bagaż. Poza tym gdybyśmy pobiegli na ślepo, nie byłoby problemów... Szlag trafił poprzez załatwienie tego na spokojnie.
Gdy Laira zwiedzała okolice w zawrotnym tempie, my czekaliśmy na jej zeznania, a tymczasem nasz niepotrzebny bagaż przeprowadził wszelkie przygotowania. Kiedy siostra mówiła o zaistniałej sytuacji, klerycy już się zbierali pod bramami w oczekiwaniu na nas. Teraz tylko czekać na odpowiedni moment. Nim weszliśmy i zorientowaliśmy się co się dzieje w ruch natychmiast poszły Słowa Wiary, które natychmiast uniemożliwiły nam jakikolwiek ruch. Szary i Nadril padli, zaś ja z siostrą wycofywaliśmy się, aby ściągnąć ich pojedynczo na Mroźną Drogę i ich tam wykończyć.
Po zabiciu ostatniego wciąż mieliśmy problemy z wcześniej wspominanym bagażem, ale nie był w stanie nam zagrozić... Gdyby wciąż próbował mnie zablokować, to narobiłby zbędnego zamieszania, ale po wkroczeniu do Aldur najwyraźniej zrezygnował. Tymczasem polegli byli już w świątyni bożka na skraju wyczerpania. Wystarczyło wkroczyć i zabić kapłana, ale to był dopiero początek problemów. Po tym wszystkim seriami atakowały nas grabarze. Szło nam całkiem nieźle, jednakże wciąż istniało ryzyko pewnej porażki. Niestety moje modlitwy nie zostały w pełni wysłuchane i zostałem zabity, później stopniowo kolejni walczący...
Kiedy się ocknęliśmy, byliśmy przywiązani i wpatrzeni w posąg bożka. Wtem przybył kolejny kapłan, który zaproponował nam - jeden ochotnik zginie na wieki, reszta przeżyje. W przeciwnym wypadku wszyscy padniemy. W każdym bądź razie, ja wolałem się poświecić... Nie wiem, co mnie podkusiło, jednakże to i tak mało oryginalne. W porównaniu do Maladytów to "tylko" wygnanie... Oni przyprawiliby mnie o kilka lat okropnych cierpień i zbędnych katuszy, potem zabili i obserwowali tylko kiedy powrócę... A to w sumie mogę traktować jako wakacje... Takie niewyobrażalnie długie...

(Od 9 Sennego Listopada 1014 roku)
Ostatnio zmieniony 16 sierpnia 2009, 13:58 przez moskal1991, łącznie zmieniany 1 raz
Osobnik żyjący w niewielkich grupach, często trzymający w dłoniach naczynie z napojami(nawet te aspirujące do miana wyskokowych), snujący się po forumowych korytarzach i nawiedzający co poniektóre duszyczki, znany ze swej dziwności i tworzenia wierszy, wychodzi ze swojego forumowego leża przeważnie w weekendy.

"Z każdej sytuacji jest jakieś zamknięte wyjście ewakuacyjne..."
Awatar użytkownika
moskal1991
 
Posty: 1078
Rejestracja: 31 sierpnia 2005, 14:57
Lokalizacja: Cencal/Heron/Gart

Postautor: kaczka » 03 września 2009, 23:03

Mistrzowie mojej siostry.

Pewnego dnia Laira siedziała w bibliotece studiując kapłańskie księgi. Była wtedy jeszcze bardzo młoda, jednak niechęć do kapłaństwa żarzyła się w jej sercu jak pożar suchego lasu. Nie chciała zostać kapłanką w żadnym wypadku. Uważała, że jej duch jest zbyt wolny, by móc go zakuć u nogi jakiegokolwiek bożka.
Jednak przymus był przymusem. Nie miała nic do powiedzenia.
W pewnym momencie do budynku przybył starszy mężczyzna odziany w białe szaty. Przystanął przy wejściu i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok zatrzymał się na Lairze, która zamarła pod spojrzeniem jego starych, przepełnionych mądrością oczu. W jednej chwili siedział tuż obok niej i uśmiechał się wesoło. Zauważyła, że jego oczy skrywała turkusowa łuna.
„Widzę w Tobie chęć wolności mimo, iż twój duch jest uwięziony w stalowej klatce obowiązku” Powiedział jej wtedy. Te słowa wryły się w jej pamięć na całe życie. Zaczęli rozmawiać. Elfka była zachwycona jego przemyśleniami i teoriami na temat świata. Po dłuższym czasie zaproponował jej trening pod swoimi skrzydłami. Opowiedział jej o mnichach, ludziach wolnych duchem i umysłem, wojownikach wyszkolonych w walce bez oręża i jakiejkolwiek zbroi. Podobno mnisi potrafili w pełni kontrolować swoje ciało a co za tym idzie, redukować rany do minimum dzięki twardej skórze i błyskawicznej reakcji na ataki. Elfka wpatrywała się w człowieka. Po chwili jednak zgodziła się na to wszystko. Starzec uśmiechnął się szerzej i zwyczajnie zniknął. Zanim odszedł, powiedział jej o miejscu pierwszego treningu. Było to w lesie Daxis.
Udała się tam następnego dnia pod pretekstem studiowania ksiąg na łonie natury. Nie musiała długo szukać. Starzec oraz grupka elfów już rozpoczynała ćwiczenia.
Tak zaczęło się jej dwuletnie szkolenie pełne wysiłku i wyrzeczeń.
Z całej grupki zostały tylko trzy osoby. Dziewczyna zaprzyjaźniła się z nimi widząc w nich zdolne i mądre elfy. Ich mistrz szkolił ich twardą ręką nie oszczędzając nikogo. Jednak wszyscy wiedzieli, że tylko surowa dyscyplina pozwoli im osiągnąć cel.
Pewnego dnia jednak wszystko się zmieniło.
Przyszła do lasu na umówione spotkanie. Jednak nie było tam nikogo. Zaczęła więc szukać. Po kilku godzinach zobaczyła krew na kamieniach, ślady stóp i dziwne wyżłobienia w ziemi, jakby ktoś toczył tam mały wózek i koła zostawiły ślad na ziemi. Podążyła wzdłuż tropu czując coraz większe zakłopotanie i strach. Co jakiś czas rozglądała się bacznie wokół. W końcu dotarła do końca tropu. Ślad kółek urywał się jakby pojazd zniknął. Ponownie się rozejrzała. Wokół walały się strzały, kilka było wbitych w drzewa. Coś kapnęło na jej głowę i odruchowo spojrzała w górę.
Nad nią wisiał jej mistrz. Cofnęła się chwiejnie by móc zobaczyć co się stało.
W ciele starca tkwiły strzały, dwie były wbite w czoło. Jednak to uśmiech na jego ustach wydawał się najbardziej przerażający.
Dziewczyna nawet nie zauważyła, że stała w kałuży krwi. Nie wiedząc co zrobić, po prostu odwróciła się i odeszła. Błąkała się po lesie aż do wieczora. W końcu dotarło do niej co się stało i zapłakała nad człowiekiem, który był dla niej jak ojciec.
Ponieważ trzeba stać!
Awatar użytkownika
kaczka
 
Posty: 41
Rejestracja: 22 marca 2006, 13:08
Lokalizacja: K-J

Postautor: moskal1991 » 11 września 2009, 18:42

[center]"Wergiliuszu! Meriumie! To wasz szczęśliwy dzień! Ta dwójka połączy siebie, połączy nas, ku wspólnej wierze, ku wspólnym celom! Chwała im! Chwała Uronii! Chwała Cencalowi! Po trzykroć chwała!" - Jedno z wielu toastów podczas uroczystej kolacji z okazji obrania przyszłej pary młodej.[/center]

Tamten dzień pamiętam doskonale... W przeddzień naszego porwania, kiedy wracałem od Darii z nauk na temat modlitw i życia wspólnego Sprawiedliwej Pani pośród nas. Tuż po ominięciu głównego mostu zaczepił mnie Acher. Miał na sobie ogromny uśmiech od ucha do ucha. Zazwyczaj w takich sytuacjach kreował swą iluzję, aby mnie zwabić, pochwycić i związać, by potem postraszyć i wrzucić do rzeki... Heh, tym razem sięgnąłem niepotrzebnie po miecz i poturbowałem trochę ciała, jednakże tym razem nie żywił do mnie urazy. Jedyne co rzekł po owinięciu się bandażami to to, że Lairze wreszcie wybrano przyszłą drogę życia. Najwidoczniej Wergiliusz wysuchał jego próśb i przydzielił niedoszłą kapłankę Winrerowi...

Ach, Winrer... Książki o nim zapomniały, jednakże wcześniej bywał wspaniałym szermierzem, który oddał by swe życie dla dobrej sprawy. Co prawda poniósł kilkakrotnie klęskę, jednakże Pamiętająca przychylnie na niego od zawsze spoglądała. To człowiek w starszym wieku, zapalony żołnierz i romantyk. Kobiety i miłość do nich przekładał ponad wszystko, ale szczęścia nigdy nie zaznał. Za młodu stracił rodzinę, z czasem swoje pierwsze kochanki, żonę i dzieci. Wszyscy polegli z rąk Maladytów. Został sam. Kiedy wszystko dla niego upadło, Erfii znalazł dla niego dom i schronienie. Z czasem wspomagał Timonda oraz Półarchonta... Jego zaszczyty i umiejętności nadały mu wiele przydomków, jednakże jego żądza zemsty napiętnowała na nim tytuł "Okrutnego Mordercy". Co prawda cieszył się mniejszą reputacją niż "Niszczyciel", jednakże on również sprawia Maladytom poważny problem.

Moja radość z tej wiadomości nie miała końca, lecz na chwile obecną ta miłość jest dla mnie niczym szabla przecinająca w pół moje ciało... Laira i Szary postanowili żyć razem, natomiast dla mnie ta wiadomość może być przyczyną wielu problemów. Z upływem lat ma tęsknota do domu nabiera na sile, a ta wieść o siostrze przyprawia mnie o ataki histerii... Ostatnio przesadziłbym i zboczył ze swej ścieżki, jednakże zostałem powstrzymany. Postanowiłem skazać się na wygnanie, pozostać w cieniu do czasu powrotu rozsądku i ochłonięcia... Zresztą siostra i tak nie będzie ze mną rozmawiać przez blisko rok, natomiast Szary będzie stał po stronie Lairy. Może powinienem zapomnieć o tym? Zostawić przeszłość za sobą?

Nie... Nie wierzę w takie rozwiazanie...
Osobnik żyjący w niewielkich grupach, często trzymający w dłoniach naczynie z napojami(nawet te aspirujące do miana wyskokowych), snujący się po forumowych korytarzach i nawiedzający co poniektóre duszyczki, znany ze swej dziwności i tworzenia wierszy, wychodzi ze swojego forumowego leża przeważnie w weekendy.

"Z każdej sytuacji jest jakieś zamknięte wyjście ewakuacyjne..."
Awatar użytkownika
moskal1991
 
Posty: 1078
Rejestracja: 31 sierpnia 2005, 14:57
Lokalizacja: Cencal/Heron/Gart

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie V Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron