Jak władza prowadzi do porażki

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Jak władza prowadzi do porażki

Postautor: Yuriii » 18 października 2007, 16:15

Leżałem tak na płaszczu w tej pustej jaskini. Czułem się wyczerpany, nie chciałem wstawać. Ale jej ugryzienie wcale nie sprawiło mi więcej bólu niż przyjemności. W głowie miałem pustkę a zarazem wiele myśli prowadziło weń wielką batalię. Czemu nie zareagowałem? Co się ze mną dzieje? Czy siła wypacza umysł? Czy to nie siła, ale zakazana szkoła coraz bardziej na mnie wpływa, zmieniając mnie...
Leżąc i rozmyślając sen spłynął na mą duszę... sen który przypomniał mi to, o czym chciałbym zapomnieć...


Wpierw widok zamczyska o wielkich, czerwonych murach, na tle nocy i białego księżyca się wyłonił. Później nas dziesięciu, stojących nieopodal, dzierżących w ręku miecz a w głowach tylko myśl zniszczenia wszystkiego co w środku się ruszy. Wiedzieliśmy, że w środku życia nie znajdziemy... tam będzie tylko śmierć... ale czy nasza, czy ta przerwana, a raczej niedokończona... bez różnicy. Mieliśmy swój cel.
Jakże realny okazał się ten sen. Czułem każdy podmuch wiatru na swojej twarzy, czułem każde źdźbło trawy.. ten sen był tak rzeczywisty... Jako pierwszy przekroczyłem progi dworu. Dookoła siebie słyszałem tylko syczenie, kolejne wampiry wyskakiwały z lewej, z prawej, ale nasza zwarta grupa odpierała szybko ich ataki, kończąc ich żywot. Coraz to kolejne ciała padały bezwładnie na ziemie. Wreszcie dotarliśmy pod drzwi tego, który nimi rządził. Mówili mi, że nie dam mu rady, ale ja czułem w sobie siłę... i w tym śnie była ona tak wielka, że nawet przez myśl mi nie przeszło by zawrócić. Otworzyłem drzwi i wskoczyłem do środka. Silnie trzymając oręż w ręku rozejrzałem się. Tylko jasny promień światła nocy wpadał przez wielkie, witrażowe okno rozszczepiając niebieskie światło w różnych kolorach. Na wprost mnie na wielkim tronie siedział on... Quelethus... wampirzy lord… najsilniejszy z nich. Wstał podnosząc się powoli, majestatycznie, okazując swoją wyższość. Wiedziałem, że dam mu radę, bez słowa więc ruszyliśmy na siebie. Krótka wymiana ciosów, uniki nieczyste zagrania, ale ani on, ani ja nie byliśmy nawet lekko ranni. W pewnym momencie uniósł rękę, jego oczy lekko rozbłysnęły, a w pomieszczeniu zapanowały zupełne ciemności. Zanim moje oczy zdołały wyłapać choćby najmniejsze kontury, poczułem przeszywający ból w udzie. Odskoczyłem szybko, a następnego ciosu już zdołałem uniknąć. Walczyliśmy przez trochę, aż wreszcie znaleźliśmy się w bliskim zwarciu. On trzymając mnie za ramie wyskoczył przez wielkie okno, pociągając mnie za sobą. Po upadku z takiej wysokości trochę zajęło, bym doszedł do siebie on natomiast o dziwo nie wykorzystał mojego chwilowego braku sprawności i czekał... chyba czuł, że ma przewagę. Wstałem... otrzepałem ubranie i przyjąłem pozycję do walki... kolejne starcie już nie było tak fortunne dla mnie. Mój cios przeszedł przez jego ciało... ale zupełnie tak... jakby go tam nie było. W tym też momencie poczułem dwa głębokie cięcia przez plecy. Padłem na kolana natychmiast. On podszedł i kopnął moją broń w dal. Stał nade mną i pastwił się swoim spojrzeniem. Nie miałem już siły... on złapał mnie za szyję i uniósł do góry...

Już chcę się obudzić... ale nie mogę.. mam świadomość, że to mi się śni... ale te wspomnienie sprawia mi nie mniej bólu niż wtedy, gdy to przeżywałem... jednak coś mi nie dało się obudzić... dalej musiałem obserwować swoją największą porażkę...

Trzymał moją zgarbione i niemalże bezwładne ciało w ręku uniesione do góry, czułem jakby jego wzrok był dla mnie sztyletem wbijającym się wprost w serce. Po chwili przybliżył mnie do siebie i ugryzł w szyję, pijąc moją krew... nie wiem co wtedy bardziej bolało... samo ugryzienie i uczucie utraty krwi, czy fakt, że to on to robi. Nie wypił mnie do końca... żyłem... początkowo się cieszyłem.. ale nie wiedziałem co ma w planach, podczas gdy on, trzymając mnie, podchodził do jednego, płonącego budynku. Pazurem narysował mi na ramieniu jakiś symbol, po czym wrzucił do środka.

We śnie widziałem tylko płonący budynek, na szczęście nie widziałem swojego ciała kąsanego przez płomienie. Na moje nieszczęście jednak, ten obraz przywołał wspomnienia z tamtej chwili.. wspomnienia równie bolesne co przeżycia. Wtedy czułem jak płomienie powoli pożerają moje ciało. Jak nagrzewają pancerz, który niczym żar palił moje ciało. Każdy podmuch wiatru podsycał płomienie, które już chyba pochłonęły całe moje ubranie. Ogień dostawał się pod hełm, pod zbroję, wypalając włosy czy brwi. Topił moją skórę, moje oczy jakby zaczęły się rozpływać. Te straszne uczucie trwało przez dłuższą chwilę... później już umysł odmówił współpracy... co się działo dalej... nie pamiętam...
http://www.pucharowo.pl - Pucharowo.pl - Puchary, medale, trofea sportowe
Awatar użytkownika
Yuriii
 
Posty: 182
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 16:57
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Yuriii » 18 października 2007, 16:42

Gdy wreszcie wyrwałem się z tego okropnego snu, ubrałem się szybko i opuściłem grotę. Udałem się do Brushwood, żeby odpocząć w tawernie. Podróż tam nie trwała długo. Gdy tylko dotarłem uzupełniłem zapasy, wynająłem pokój i udałem się na spoczynek. Położyłem się na łóżku, zrelaksowany, aczkolwiek dalej w mej pamięci był obraz ostatniego snu. Starałem się o nim zapomnieć próbowałem przypomnieć więc te milsze czasy. Zamknąłem oczy i nie bałem się już snów.

Tym razem trakt. Dziesięciu podróżników ze mną na czele. Obok mnie mój wierny druh, Kael’degarr. Drow, który aż zadziwiał swoim charakterem... stanowczością, opornością, ale także nigdy nie sądziłem, by mógł mnie zdradzić. Nie pomyliłem się i jemu najbardziej zaufałem. Tym razem naszym zadaniem była pewna wieża wampirów. Nie wątpiliśmy, że to nie będzie wyzwanie dla nas, ale musieliśmy ich pokonać, bo wieża stała zbyt blisko traktu łączącego oba państwa. Gdy po kilku dniach marszu dotarliśmy wreszcie do tej wieży, byliśmy trochę zmęczeni, ale prędzej chcieliśmy wrócić do akademii, niż odpoczywać w tym głuchym lesie. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedną przewodziłem ja, drugą Kael. My mieliśmy się dostać o piwnicy, tam więc się udaliśmy. O dziwo nikt nie pilnował tego wejścia. Zaczęliśmy węszyć podstęp, bo to nie mogło być aż tak łatwe. A jednak, dostaliśmy się do środka i od piwnicy zaczęliśmy czynić porządki w wieży. Nie było to trudne... z resztą, nie było tam żadnego prawdziwego wampira, wszyscy to mieszańcy... przemienieńcy.

Takich wypraw jak ta było naprawdę mnóstwo, a każda z nich budziła we mnie coraz większe pokłady pychy, pewności siebie i uczucia potęgi. Z każdym pokonanym przeciwnikiem, z każdym pokonanym wampirem uważałem się za coraz silniejszego i chciałem prędzej stoczyć pojedynek z lordem, który szykował tę wojenkę. Przyjmowaliśmy jak najwięcej zadań, by piąć się do góry i jak najszybciej oczyścić okolicę. Wreszcie... długo nie dostając zlecenia na Quelethusa, postanowiłem pójść tam sam. Mimo, że nasi przełożeni kilkakrotnie zakazywali nam tam iść, znalazłem kilku śmiałków, którzy wybrali się ze mną. Czy dobrze zrobili ? Podróż trwała kilka tygodni. Wreszcie nocą naszym oczom ukazało się wielkie zamczysko...
http://www.pucharowo.pl - Pucharowo.pl - Puchary, medale, trofea sportowe
Awatar użytkownika
Yuriii
 
Posty: 182
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 16:57
Lokalizacja: Warszawa

Początki

Postautor: Yuriii » 18 października 2007, 17:28

Gdy rano się obudziłem, coś mnie tak wzięło na wspomnienia. Leżałem sobie na łóżeczku, spokojny, i już zdrowy. Sięgnąłem na szyję, gdzie na srebrnym łańcuszku spoczywał mały sygnecik. Dostaliśmy go, jak ukończyliśmy szkolenie, jak nasz pan podzielił się z nami swoją mocą. Ale jak to się zaczęło? To było dawno temu... hmmm...

W małej miejscowości niedaleko Waterdeep urodził się pewien chłopiec. Pani Janea Gilith, samotna matka, tkaczka, nie miała łatwego życia. Już gdy tylko ujrzała swojego synka, wiedziała, że sam będzie musiał o siebie dbać. Nazwała go Coin. Chłopiec rósł szybko i szybko się uczył. Póki nie miał wygórowanych potrzeb, pomagał z chęcią mamie, ale gdy zaczął potrzebować kontaktów z rówieśnikami, gdy chciał być szanowany, potrzebował pieniędzy. Często więc przebywał „pod Rozbitą głową”, karczmie która stała nieopodal pobliskiego traktu. Przebywając tam uczył się od Jamhera, barda i minstrela, który swoją grą a także opowieściami zarabiał na życie. Po pewnym czasie, gdy zobaczył, że mały chłopiec dzień w dzień przychodzi go słuchać, zaprzyjaźnili się. Od tej pory Coin przygrywał bardowi, podczas jego opowieści, tworząc fantastyczny klimat. Gdy chłopiec wyrósł, mając na koncie wiosen czternaście, Jamher powiedział, że odchodzi. Jego marzeniem była własna karczma, a przez tyle lat oszczędzania stać go na postawienie małej karczemki. Gdy Coin niemal ze łzami w oczach żegnał swojego przyjaciela, ten się odwrócił i podał dzieciakowi małą mandolinę. „Niech Ci dobrze posłuży... mnie posłużyła”.
Tak więc został sam. Coin Gilith opuszczony przez swojego przyjaciela... jedynego. Mało tego. Gdy jeszcze przed zmierzchem wrócił do domu ściskając w ręku mandolinę, chciał się przytulić do mamy... niestety, nie dany mu był ten uścisk. Pani Janea leżała spokojnie przykryta grubą pierzyną, ręce miała złożone na piersi, oczy zamknięte a usta lekko rozchylone. Dzieciak podszedł do łóżka matki, położył głowę na jej łonie i począł płakać. W tej chwili stracił już chyba wszystko... nie.... ma jeszcze to co najważniejsze... życie. Następnego dnia obudził się z nową myślą. Postanowił pójść w ślady swojego przyjaciela i zostać bardem. Ruszył więc szybko do karczmy i udało mu się podjąć tam prace. W zamian za zabawianie gości, mógł liczyć na łóżko, dwa posiłki dziennie i trochę grosza na małe potrzeby. Nie przebierając w alternatywach przyszłości, Coin grał więc przez kolejnych kilka lat. Wreszcie zmężniał i wyrósł. Osiemnasty rok jego życia, był rokiem przełomowym.
Coin siedział sobie na taboreciku w rogu sali, kiedy to do karczmy wlało się czterech ludzi. Wysocy, ciężkozbrojni w płaszczach o dziwnych insygniach zaczęli się rozglądać. Ich spojrzenia zatrzymały się na bardzie, ten nie wiedział o co chodzi, ale czuł, że nic dobrego. Odruchowo zaprzestał grać. Dwóch ludzi podeszło do niego i wzięli go pod ramie. Nikt nie protestował.

Przed tawerną czekał wóz. Mężczyźni wrzucili młodzieńca „na pakę”, gdzie znajdowało się jeszcze sześć osób, i prędko ruszyli. Podróż trwała jakieś dziesięć dni.
Pamiętam to jak dziś. Dojechaliśmy do czegoś co wyglądało trochę jak zamek, trochę jak pałac, z dużym dworem między murami. Po chwili wszystkie wozy stawiły się na placu. Wyszło z nich, razem ze mną ze czterdzieści osób. Odruchowo stanęliśmy bardzo blisko siebie, otoczeni przez zbrojnych. To był wieczór. Tylko lekko połyskujący księżyc i rozpalone wokół pochodnie umożliwiały nam zobaczenie czegokolwiek. Rozglądaliśmy się niepewni przyszłości. Wreszcie nasze oczekiwanie zakończyło się. Na balkonie wysoko ponad nami stanęła pewna postać. Bardzo wysoka ubrana w ciemne szaty zaczęła do nas przemawiać.
- „Zostaliście wybrani pośród słabych. Zostaliście wybrani pośród wielu. Zostaniecie wyszkoleni i przygotowani do walki z tymi, którzy zagrażają nam wszystkim. Z istotami tak przerażającymi jak wiecznymi. Wampiry szykują się do walki. Zbierają swoje siły i wkrótce uderzą. Mamy jeszcze trochę czasu... musi nam to wystarczyć, by zrobić z was wojowników godnych im”
Pamiętam te słowa dokładnie. Początkowo byliśmy przerażeni, ale już niedługo to się zmieniło. Gdy tylko rozpoczęliśmy szkolenie. Różni ludzie w tej akademii nas szkolili.. w różnych broniach, pancerzach, uczyli nas myśleć w czasie walki, uczyli nas wielu przydatnych w życiu rzeczy. Poznałem tam też pewnego drowa. Zwał się Kael’degarr. Jak z nim rozmawiałem, dowiedziałem się, że „‘degarr” przy imieniu, oznacza w jakimś dialekcie słowo „odrzucony”. Szybko go polubiłem. Mimo, że nie należał do przyjemnych osób, imponował mi swoją zawziętością. Razem, szybko pojmowaliśmy arkana wojny i podstaw magii. Niestety, włodarz akademii się nieco pomylił, bo nasze szkolenie trwać miało dwa lata, a po roku już dało się słyszeć, że gdzieś zaatakowały wampiry. Nie namyślając się wiele, Pan, bo tak kazał do siebie mówić, wezwał nas do jednej, wielkiej sali. Wszyscy w pełnym rynsztunku staliśmy naprzeciw niego. Dostaliśmy sygnety z symbolem ognia w którym był sztylet z małym wygrawerowanym okiem na rękojeści. Staliśmy i czekaliśmy co się stanie.
Wnet przyszedł Pan i zaczął mówić:
- „Dzisiaj kończy się wasze szkolenie. Umiecie już bardzo dużo, ale nie możecie mnie zawieść. Dlatego podzielę się z wami częścią siebie”
Nie wiedzieliśmy o co chodzi. W pewnym momencie wszelkie drzwi i okna się zamknęły. Pan, przykryty kapturem i płaszczem uniósł ręce. Jego oczy rozbłysnęły w kolorze czerwono rubinowym. Gdy jego ręce opuściły rękawy, zobaczyliśmy, że człowiekiem on na pewno nie jest. Jego ręce były koloru jakby sinego, wymieszane z czerwienią. Palce zakończone długimi paznokciami, a właściwie to już pazurami. Początkowo byliśmy zdezorientowani, zadawaliśmy sobie pytanie, „Jak on chce się z nami sobą podzielić”. Wtem, jakby silny wiatr wdarł się do komnaty. Firany się poruszyły, okna zaskrzypiały, a wszelkie świeczki pogasły. Doprawdy przerażający widok. Pan uniósł się nieco ponad ziemię i rozłożywszy szeroko ręce, przechylił nieco głowę do tyłu i pokrył się czerwonym obłokiem. Obłok ten jakby się powiększał. Wreszcie Panu za plecami wyrosły duże, czerwone skrzydła, które od razu się rozłożyły. Już wtedy mieliśmy pewność, że nie jest on człowiekiem, a raczej demonem, czy innym pozasferowcem. Jego aura zaczęła rosnąć. Aż wreszcie niczym błyskawica na niebie, kolejne smużki czerwonej energii rozdzierały powietrze trafiając kolejnego z nas. Gdy mnie dotknęło, początkowo bolało, ale później poczułem siłę. Później już było tylko lepiej...
http://www.pucharowo.pl - Pucharowo.pl - Puchary, medale, trofea sportowe
Awatar użytkownika
Yuriii
 
Posty: 182
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 16:57
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Yuriii » 18 października 2007, 17:32

Ta wyspa jest bardzo przyjemna. Zacząłem poznawać wiele osób.. ciekawych i mniej ciekawych. Jednak z tego wszystkiego zapomniałem co mnie tu w ogóle przywiodło. Muszę wziąć się w garść. Już powoli wracam do swoich umiejętności, a wkrótce będę jeszcze silniejszy... tylko czy mi to potrzebne ? Doszły mnie słuchy, że niejaki Quelethus pokłóciwszy się z radą wampirów został przez nich zatrzymany osadzony w lochu lub więzieniu. Wiem, że to gdzieś w tej okolicy... ale nie wiem dokładnie gdzie... odjnajdę go, bo muszę.. odnajdę bo chcę. To przez niego straciłem nazwałem się Sarr’degarrem. „Sarr”, oznaczający przyparty do muru, zmuszony, a jak mawiał Kael, „’degarr” oznacza odtrącony.
http://www.pucharowo.pl - Pucharowo.pl - Puchary, medale, trofea sportowe
Awatar użytkownika
Yuriii
 
Posty: 182
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 16:57
Lokalizacja: Warszawa

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie IV Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron