Santiago Raul Fernandez Blanco

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Santiago Raul Fernandez Blanco

Postautor: Yuriii » 06 maja 2007, 13:29

Nie był to zwyczajny okręt. Czarne flagi dumnie powiewają na silnym wietrze ,budząc grozę i podziw jednocześnie. Tylko z pozoru. panuje tam zwyczajna krzątanina. Kilkunastu mężczyzn biega po pokładzie, niektórzy ciągną za kolejne szoty, podczas gdy inni zajmują się sprzątaniem, tego jakże wielkiego pokładu, Są i tacy ,którzy nie muszą pracowac i mogą zabawiać się przy różnej maści trunkach. Wszyscy są bardzo weseli, lecz co mogłoby dawać im tak dobre samopoczucie. Czyżby to była trasa powrotu do domu? Raczej nie. Jak wiadomo piratom statek jest domem. Przy sterze w wielkim, drogim, pozłacanym miejscami płaszczu znajduje się kapitan. Dziwne... To kobieta. Zgrabna brunetka o niebieskich oczach trzyma w swych delikatnych dłoniach wielki ster, co pewien czas wydając komendy swej załodze.

- Fredrik, sprawdź czy pod pokładem wszystko w porządku – powiedziała.
- Ta jest – odparł pirat, który natychmiast zginął za starymi drewnianymi drzwiami.
Mężczyzna lekko nachylony zszedł po skrzypiących schodkach w dół, przeszedł wąskim korytarzem, wokół którego znajdowało się wiele prycz, do kolejnych drzwi. Zszedł jeszcze niżej i znalazł się w pomieszczeniu pełnym różnych rzeczy. Po okolicy walały się skrzynie, mniejsze i większe, wypchane różnymi materiałami, ubraniami czy kosztownościami. Stały też beczki z trunkami i różne drogocenne figury tworzone z różnych surowców. Najciekawsze jednak było co innego. Wielki, okuty metalem drąg, do którego przykutych było szesnaście par łańcuchów. Do jednego z nich przypięty był dość młody mężczyzna, oliwkowej karnacji, dobrze zbudowany, ale w miarę szczupły. Swoimi błękitnymi oczyma skierowanymi w podłogę zdawał się prosić o pomoc, jednak gdy ujrzał nadchodzącą sylwetkę pirata, podniósł głowę, lekko się uśmiechnął i nagle zaczął sprawiać wrażenie jakby pomoc mu była zupełnie zbędna. Ów mężczyzna nie miał przy sobie zupełnie nic. Wyglądał na wygłodniałego i wyczerpanego, lekko zakrwawiona koszula świadczyła o tym, że bronił się przed takim losem. Poranione nadgarstki były efektem ciasno zapiętych kajdan, które teraz w znacznym stopniu odbierały mu wolność. Tym mężczyzną jestem ja. Nazywam się Santiago Raul Fernandez Blanco i w tej chwili moje życie stało się koszmarem. Razem z tą wierną częścią załogi Czarnej Damy, bo tak mój statek się zwie zmierzamy teraz na najbliższy targ niewolników. O ile moja załoga zostanie sprzedana, mnie przeciągną pod kilem, powieszą, bądź zrobią cokolwiek innego by mieli pewność że już nie wrócę. Więc jestem teraz tutaj, spięty w niewoli, rozbrojony, bez żadnej wartości, bez żadnych dóbr, bez własnego statku. Jedyne co mi zostało, to namiastka mojej pełnej załogi, ale nie zawsze tak było...

Urodziłem się w małym miasteczku portowym i wszystko wskazywało na to, że w ślady ojca zostanę żeglarzem. Miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo, co zaowocowało brakiem stresu i negatywnych emocji. Dlatego dzisiaj wyglądam jak wyglądam i rzadko daję się wyprowadzić z równowagi. Ojciec często zabierał mnie ze sobą, gdy miał na morzu jakieś interesy. Dwunasty rok mojego życia był dla mnie momentem przełomowym. Powinienem już leżeć w łóżku, ale coś mnie podkusiło by podsłuchać rozmowę rodziców. Ojciec powiedział, że musi załatwić pewien interes, ryzykowny interes, jednak na tyle opłacalny, że jeśli się uda, to zabierze nas na stały ląd, wybuduje dom i będzie miał wystarczająco dużo pieniędzy, by otworzyć własny, dochodowy interes. Zabrałem się więc z nim, bo morze było moją największą miłością. Zawsze gdy czułem morską bryzę na twarzy która wspaniale współgrała z lekkim wiatrem otulającym me ciało, gdy stałem wychylony na dziobie, ogarniało mnie uczucie wielkości tego świata. Doskonale wiedziałem, że tam dalej, jest wiele miejsc w których czeka mnie dużo przygód, emocji i nagród...

Gdy tylko wypłynęliśmy, nasz chybocący się szkuner dwumasztowy rozwinął wielkie, białe, śmiejące się żagle. Podróż nie trwała długo. Jakieś dwa dni i dwie noce zajęło nam dopłynięcie do miejsca, w którym mój ojciec miał ubić targu. Razem z nami płynęło jeszcze sześciu żeglarzy, z którymi tak naprawdę nigdy się nie przyjaźniłem. Tylko stary Randaal był człowiekiem na tyle miłym i spokojnym, że spędzałem z nim trochę czasu. To właśnie on nauczył mnie podstaw astrologii, geografii, kartografii, nawigacji i szeroko pojętego żeglarstwa. Gdy dopłynęliśmy do miejsca docelowego, naszym oczom ukazał się olbrzymi okręt. Żagle były zwinięte, ale sugerując się wielkością masztów, ich powierzchnia mogłaby przykryć nasze pastwisko. Po dwadzieścia cztery armaty na burcie sprawiała groźne wrażenie. Załoga liczyła grubo ponad sto osób. Podpłynęliśmy pod niego, przyczepiliśmy się hakami i z góry spadła drabinka. Weszliśmy mój ojciec i ja. Na górze kilka osób zajmowało się szotami, kilka czyściło pokład, a jeszcze inni odpoczywali i przyglądali się nam. Podeszliśmy do kapitańskich drzwi okutych nowym, święcącym się żelazem. Niestety ja musiałem poczekać pod nimi, podczas gdy mój ojciec trzymając mały kuferek pod pachą wszedł do środka negocjując warunki umowy. Minęło kilkanaście minut i mój ojciec wyszedł. Powiedział mi, żebym poszedł naprzeciw, gdzie znajdę kuchnię i poprosił kucharza o kufel grogu. Tak też zrobiłem, tyle tylko że gdy z opuściłem już kuchnię i znalazłem się na pokładzie, zobaczyłem tylko odpływający szkuner i mojego ojca. Siedział na rufie, plecami do mnie, ściskając w swych silnych i już nie młodych dłoniach mały kuferek. Doszła do mnie myśl, że on mnie tu zostawia, więc zacząłem go nawoływać, ale on się nie odwrócił. Nawet na chwilę nie spojrzał na mnie. Straszne uczucie samotności i zdrady zarazem ogarnęło moje ciało. Obróciłem się przodem do załogi i zobaczyłem te przymałe i niebezpiecznie wyglądające spojrzenia. Spojrzenia które z dala pachniały testamentem. Jeden z załogantów rzucił mi mokrą szmatę, która upadła mi wprost na twarz. Gdy zsunąłem ją, drugi podał mi wiadro z wodą, uśmiechnął się i zeszedł pod pokład.

Nie pozostało mi nic innego niż zacząć czyścić te przeklęte deski. Po chwili, z ust starszego człowieka owiniętego czerwonym, pozłacanym płaszczem, z fikuśnym kapeluszem z piórkiem na głowie padła komenda by szykować się do opuszczenia bindugi. Chwilę później cały świat zasłoniły mi wielkie, czarne żagle, które w dosłownie kilka sekund zatrzepotały na wietrze. Po chwili, na maszcie zatrzepotała też flaga. To była flaga która budziła w postronnych żeglarzach strach a wojskowe okręty mobilizowała do długich rozłąk z rodzinami. Czaszka ze skrzyżowanymi kośćmi poniżej na czarnym tle. Tego właśnie obawiają się wszyscy żeglarze. Postrach mórz i oceanów, statki, które niosą więcej zniszczenia niż niektóre choroby, a teraz, ja jestem częścią tej jak wcześniej sądziłem, odrażającej, okrutnej i pozbawionej honoru pirackiej rzeczywistości. Przez kilka lat czyściłem pokłady i podawałem starszym „kolegom” jedzenie i picie oraz opiekowałem się ich ekwipunkiem. Później, gdy już pokazałem, że nie mam zamiaru szukać domu, gdy już wdrożyłem się w piracki tryb życia, pozwolono mi brać udział w morskich i lądowych potyczkach. Podczas najazdu na Port Krashaam wykazałem się wielkim sprytem i inteligencją. Nikt jeszcze nie zdobył tego portu i nam to prawie też się nie udało. Jednak gdy w sposób bezpośredni nie udało nam się zdobyć słynnych bogactw, zszedłem na ląd i przez tydzień sprawiłem, że złoto same przyszło do nas. Nic prostszego. Wystarczyło uwieść tylko córkę gubernatora, obiecać jej niewiadomo co, a ona sama otworzyła skarbiec i pozwoliła nam wynieść złoto. Moi kamraci zaczynali mnie lubić, jedni bardziej inni mniej. Gdy miałem lat dziewiętnaście, nasz kapitan leżał już na łożu śmierci. Był już wiekowy, a rany odniesione w wielu bitwach jeszcze bardziej przybliżały go do oglądania świata spod dna oceanu. Zawołał mnie do siebie.

Przyszedłem więc, usiadłem obok niego i czekałem. Gdy on się przebudził, rozejrzał się po pokoju swoimi starymi, niemal wyblakłymi oczyma. Gdy jego wzrok napotkał mnie, gestem ręki pokazał, żebym się do niego przysunął. Uczyniłem to, a on począł szeptać mi do ucha. Dowiedziałem się wielu rzeczy. Jedną, chyba najważniejszą było to, że kapitan którego z początku nienawidziłem okazał się być moim dziadkiem. Tak, ojcem mojego ojca, co okazało się być dla mnie wielce szokującym. Drugą rzeczą, którą mi powiedział, to jego życzenie, abym to ja objął stanowisko kapitana „Czarnej Damy” po nim. Wręczył mi więc pierścień, który był symbolem władzy na tym okręcie. Przyjąłem więc ten obowiązek na siebie, bo tak naprawdę, cóż innego miałem zrobić ?! Miałem wtedy lat siedemnaście, ale szybko nabrałem potrzebnego doświadczenia i wydaje mi się, że dobrze wykonywałem swój kapitański obowiązek. Przez kolejne trzy lata, pod moim dowództwem Dama przeżywała okres wielkich sukcesów. Miałem nosa do skarbów, miałem zmysł walki na morzu, który nieraz prowadził nas do zwycięstwa, oraz miałem urodę i gest, który nie raz pozwalał mi zabawić się na lądzie. Pewnego razu jednak popełniłem błąd. W pewnym porcie weszliśmy do karczmy. Już na pierwszy rzut oka strasznie mi się spodobała pewna kobieta. Jak się później dowiedziałem, była to Clarissa Cotton. Spodobaliśmy się sobie nawzajem więc z uwiedzeniem problemu nie było. Tę noc spędziliśmy bardzo miło w górnym pokoju karczmy, a rankiem gdy już mieliśmy wypływać, stało się coś dziwnego. Pożegnałem się z Clarissą, ale ona wcale nie chciała zostać, co dziwniejsze, moi najbliżsi kompani mówili, bym ją zabrał ze sobą. Uległem i pozwoliłem jej wejść na pokład. Po dwóch dobach żeglugi już wyszło szydło z worka. Okazało się że ta panienka zna miejsce, w którym leży wielki skarb. Zwerbowała, a raczej przekupiła większość mojej załogi. Na statku wybuchł bunt. Ja, razem z tymi którzy trzymali moją stronę, zostaliśmy spięci jak niewolnicy pod pokładem...

Tak właśnie stało się to, że wylądowałem tutaj i oczekując nieuchronnej śmierci. Siedziałem więc z opuszczoną głową i czekałem na to co czas miał przynieść. Kilka tygodni żeglugi aż wreszcie, nastąpił przełom. Statek zaczął się huśtać, fale uderzały o burty jak o skały podczas przypływu, a z nieba raz po raz uderzały potężne grzmoty. Walka z żywiołem trwała kilkadziesiąt minut, woda szybko przelała się pod pokłady. Tego dnia świeciła szczęśliwa gwiazda, bo razem ze słoną wodą, pod pokład przypłynął nieprzytomny załogant. Na szczęście posiadał przy sobie dwa kukri oraz trochę złota. Nie namyślając się zabrałem mu broń i zacząłem rąbać wielką żerdź do której przypięte były nasze łańcuchy. Niedługo zajęło to i żerdź puściła uwalniając nas. Na ironię dopiero później się okazało, że ów nieprzytomny człowiek posiadał klucze do naszych kajdan. No cóż, zdarza się. Pozbyliśmy się kajdan i wybiegliśmy na pokład. Istne piekło opanowało statek, jakiś piorun podpalił jeden żagiel, jakiś członek załogi wypadł za burtę, kogoś innego przygniotła kotwica, która wpadła na pokład. Nic tu po mnie, okręt jest bardzo silny i wytrzyma ten sztorm, a później, czeka mnie śmierć. Musiałem szybko coś wymyślić, ale niewiele mi wpadało do głowy, cały czas myślałem co zrobię tej Clarissie jak tylko będę miał okazję, ale teraz nie mogę, najpierw muszę zadbać o siebie. Przywiązałem się więc do beczki i skoczyłem razem z nią do wody. Po chwili straciłem przytomność i nie wiedziałem co się ze mną dzieje...

Nie wiem ile dokładnie minęło, ale ocknąłem się w czyimś domu. Wyziębiony, chory, głodny, spragniony i wyczerpany leżałem na łóżku przykryty pierzyną. W pewnym momencie w progu pokoju w którym się znajdowałem pojawił się pewien starszy człowiek. Strasznie śmierdział rybami a ubrany był w jakieś mało zadbane ubranie. Wypytywał mnie jak się czuję, co mnie boli, a później kim jestem i skąd. Nie mogę mu powiedzieć prawdy, że jestem piratem poszukiwanym przez władze starych kontynentów listem gończym. Rozejrzałem się chwilę, po pokoju i dostrzegłem na szafie małą, zakurzoną, starą książkę o dźwięcznym tytule „podstawy magii”. Szybko więc powiedziałem rybakowi, że jestem czarodziejem, ale dopiero początkującym i szukam tu nauczyciela... chyba uwierzył, bo tylko się uśmiechnął i podał mi letnią zupę. Kilka dni u rybaka i byłem zdrowy jak ryba, zacząłem czytać tę książeczkę i jak się okazało to wcale nie jest trudne, a oprócz tego jest bardzo ciekawe. Chyba się tym teraz zajmę. Podziękowałem staruszkowi, dałem mu jakieś monety które utkwiły mi gdzieś w kieszeni i zebrałem swoje rzeczy. Otworzyłem drzwi i wyszedłem, a na zewnątrz ogarnął mnie straszliwy chłód. Zima, śnieg, mróz, zimny wiatr... to nie to co kąpane w słońcu oceany, ale muszę przywyknąć...
http://www.pucharowo.pl - Pucharowo.pl - Puchary, medale, trofea sportowe
Awatar użytkownika
Yuriii
 
Posty: 182
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 16:57
Lokalizacja: Warszawa

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie IV Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

cron