Opowieść starego krasnoluda

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Opowieść starego krasnoluda

Postautor: yawor » 18 kwietnia 2007, 21:25

Zbliża się wieczór. Na zewnątrz jak zawsze pada śnieg. Nie taki zwyczajny śnieg, jaki można spotkać w umiarkowanym klimacie. Ten śnieg ma duszę. Pada gęsto, przykrywając grubą warstwą ziemię. Wchodzisz do tawerny, jedynej w okolicy. Drzwi otwierają się z lekkim skrzypnięciem i owiewa Cię ciepłe powietrze przepełnione zapachem pieczonych mięsiw, piwa i odgłosami muzyki. Strzepując śnieg z butów rozglądasz się po jej wnętrzu. Kilka stołów, parę krzeseł to cały wystrój wnętrza nie licząc dwóch foteli stojących przed kominkiem. Światło daje sześć łuczyw zaczepionych na ścianach. Niespokojne podmuchy powietrza igrają z ich płomieniami nadając wnętrzu atmosferę tajemniczości. Oprócz rubasznie wyglądającego barmana za szynkwasem, dziewczyny roznoszącej zamówione potrawy i napitki oraz mistrela grającego delikatną melodię na swej lutni w karczmie są tylko dwie osoby. Para podróżnych, siedząca przy stole i pogrążona w rozmowie, zdaje się nie zwracać na Ciebie uwagi. Wtem słyszysz jakby stęknięcie. Odwracasz głowę i widzisz jeszcze jednego gościa tawerny. Stary, zgarbiony krasnolud siedzi przy kominku. Siatka blizn pokrywa jego twarz, a siwa, niegdyś gęsta broda opada delikatnymi pasmami na pierś. Ubrany jest skromnie. Stalowa, powyginana od uderzeń zbroja i lekki płaszcz z kapturem zawieszony na oparciu fotela to jedynie części ubioru, jakie dostrzegasz. Obok, oparty o bok fotela stoi pordzewiały, powyszczerbiany topór. Widać, że kiedyś dbano o niego i polerowano regularnie. Lecz te czasy minęły. Teraz topór jest jedynie smutną pamiątką po świetności wojownika. Krasnolud wpatruje się w płonące polana, nie porusza się, tylko patrzy. Można by pomyśleć, że jest martwy gdyby nie ciche westchnienia wydobywające się z jego piersi.
To dziś? Tak to dziś, a raczej dziś, lecz tak dawno temu. Ile to już lat? Sto pięćdziesiąt, dwieście? Czy naprawdę jestem aż tak stary?
Kolejne ciche westchnienie, poza tym cisza, tylko trzask płonącego drwa.
Pamiętam jakby to było ledwo wczoraj, takie wyraźne, takie…
Krasnolud przymyka oko, drugie, zasnute bielmem pozostaje otwarte, ot kolejna pamiątka po awanturniczym życiu.
Zaatakowali z znienacka. Wdarli się w ojczystą krainę rabując, paląc, mordując. Nikt nie wiedział ilu ich było, nikt nie wiedział skąd pochodzą i czego pragną. Jedyne, co wiedzieliśmy to, że nie spoczną dopóki każdy z nas nie będzie martwy.
Ciało starca drży w półśnie. Z ust wydobywa się cichy jęk.
Wioski płonęły, ostatni, którym udało się uniknąć rzezi schronili się w kopalniach. W największej z nich zgromadziło się około trzystu krasnoludów, w większości kobiet i dzieci. Cała siła zbrojna została zmobilizowana do odparcia najeźdźców, a w kopalni zostało jedynie pięćdziesięciu doświadczonych wojowników. Elita, tak o nich mówiono wtedy. Najlepsi z walczących. Obrońcy.
Tą część zna jedynie z domysłów, gdyż nie ocalał nikt, kto mógłby ją przekazać.
Nikt nie spodziewał się tego ataku, przyszli nocą, jak zwykle roztaczając swąd śmierci. Zaatakowali magią tak straszną, że aż niewyobrażalną. Później przyszedł czas na sługi zła, nieumarłych. Obrońcy stawiali im czoła w walce, broniąc ostatniego z domów, jaki pozostał. Resztki nadgniłych ciał, połamane kości i plugawa, czarna posoka wsiąkająca w ziemię świadczyły o tym, że nie zamierzali oddać łatwo swego domu. Jednak zmogła ich ilość wrogów. Nie wiedzieć skąd przybywały kolejne hordy. Czasami, wśród atakujących widać było krasnoluda, czy może raczej coś, co kiedyś było krasnoludem. Wtedy się zorientowali, że walczą z niedawnymi jeszcze przyjaciółmi. Walczyli dzielnie, lecz nie dane było im zwyciężyć..

Dreszcz wspomnień budzi go. Rozgląda się w około. Przechodząca nieopodal fotela dziewczyna podaje mu kufel.
I pomyśleć, że kiedyś byłby on pełen złocistego piwa.
- Dziękuję, dziecko – rzekł do dziewczyny. Jego głos, zachrypnięty i twardy nie zadrżał jednak jak można by się tego spodziewać.
- Proszę, wujku. Wypij zupę. – Odparła.
Wziął kufel od dziewczyny. Musi sobie pomóc drugą ręką ponieważ jego palce, grube i powykręcane artretyzmem, z trudem utrzymują ciężar kufla.
Zupa…, do czego to doszło? Kiedyś, dawno temu to były czasy. Piwo najróżniejsze. Bójki, dla zabawy i te na poważnie. Kiedyś…
Kolejna fala wspomnień z ojczyzny nawiedza go po wypiciu zupy. Po raz kolejny wzdycha. Po jego pociętym bliznami policzku spływa i znika w siwej brodzie pojedyncza łza.
Dotarł tam dzień po ataku. Z głównym trzonem armii zostali zepchnięci do ostatniego miejsca schronienia. Jeszcze teraz widzi zmasakrowane ciała, powykręcane zwłoki, które w żaden sposób nie przypominają krasnoludów. Nikt nie ocalał, wielu brakowało, lecz nikt nie ośmielił się powiedzieć gdzie mogą teraz przebywać. Może lepiej było nie wiedzieć? Ale przecież wszyscy wiedzieli, wszyscy widzieli, co się działo z poległymi na polu bitwy. Wszyscy doświadczyli zdziwienia, a zaraz potem śmiertelnego przerażenia na widok martwego jeszcze przed momentem towarzysza teraz atakującego własne szeregi. Taka to była magia, taka moc. Obracała poległych przeciwko ich własnym rodakom, przyjaciołom i braciom.
Ostatnią walkę stoczyli na polach przed kopalnią. Wielu zginęło, lecz kilka grupek zdołało wymknąć się z pułapki. Nie wie, co stało się z innymi. On, wraz z trzema przyjaciółmi uciekli na północ, aby szukać schronienia i pomocy u klanu zamieszkującego pobliski łańcuch górski. Dotarł tylko on, wycieńczony unikaniem pościgu, ranny po spotkaniu z wrogiem. Paskudna trucizna, którą nasączona była strzała uniemożliwiała gojenie się rany. Dodatkowo infekcja postępowała i gdyby nie szybka pomoc krasnoludzkiego szamana nie było by komu pamiętać.
Tydzień spędził w górach. W głębokich sztolniach górskie krasnoludy czuły się bezpiecznie. Jednak nie zgodziłyby się nigdy wyjść na powierzchnię walczyć. Za duże ryzyko, mówiły. Po co pchać się w paszczę śmierci skoro jesteśmy tu bezpieczni? Jak dobrze, że postanowił wyruszyć dalej na północ jak tylko miał siłę, aby unieść topór. Na południu niczego już dla niego nie było.
Po pewnym czasie usłyszał w nadmorskiej wiosce o krasnoludach z gór. Usłyszał jak to pewne swego bezpieczeństwa, pochowane w głębokich tunelach myślały, że zło ich nie dosięgnie. Jakże się myliły. Ich własny dom stał się ich zgubą i grobowcem. Uwięzione pod ziemią nie miały najmniejszych szans odeprzeć ataku.
Wiele razy myślał, że powinien zostać tak, jak mu proponowali. Że powinien zginać tam z nimi i zakończyć swój żywot tak, jak jego bliscy. Ale wtedy, w tej nadmorskiej wiosce, myślał jedynie o głupocie i pewności siebie krasnoludów z gór. Wsiadł na pierwszy statek odpływający tego dnia. Spojrzał ostatni raz na kraj ojczysty i zszedł pod pokład, aby już nigdy tu nie powrócić.

Starzec budzi się ze snu. Jedynym okiem omiata wnętrze tawerny. Na dworze znowu pada.
I pomyśleć, że kiedyś narzekałem na ten śnieg – myśli – a teraz ile bym dał, aby jeszcze raz wyruszyć gdzieś w taką mroźną pogodę.
Wtem rozlega się tupot nóg. Ze schodów zbiega dwójka dzieci, ludzkich dzieci.
- Wujku, wujku Thralinnie! Opowiesz nam historię? – to głos dziewczynki. Jeszcze cienki i delikatny, niewinny.
- Tak, tak. Opowiedz historię. O goblinach i trollach. – to chłopiec. Jest młodszy o trzy lata od swej siostry, ale widać, że rośnie szybciej.
- Nie o goblinach – wykłóca się dziewczynka – dziś opowiedz o tym jak tu przybyłeś. I o pani Cassandrze.

yawor
 
Posty: 87
Rejestracja: 24 marca 2007, 18:57
Lokalizacja: ekipa z Wrocławia

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie IV Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron