Przekleństwo przeszłości.

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Przekleństwo przeszłości.

Postautor: Mahnag » 02 maja 2006, 23:15

Bezlitosny mrok. Nic nie widać. Pustkę otchłani wypełniały tylko odgłosy zabłąkanych dusz. W jednym momęcie wszstko ustało, jakby sami bogowie zatrzymali czas, wszystko ucichło. Wszstkie dusze skierowąły oczy w jedną stronę. Małą wysepkę lewitującą pośród bezkresu nicości równie wątłą co chwiejną.

Stały tam dwie postacie, przyglądając się sobie z niedowieżeniem. Były niewielkie, krążyły bez słowa wokół siebie. Jedna ciągnąc po ziemi zielony płaszcz rozglądała się niepewnie, a druga w czarnej zbroi nabijanej kolacami uśmiechała się paskudnie.

***
- Może się zabijemy? - Powiedziała postać w czarnej zbroi z wyraźna ironią
- Morda w kubeł, Mir. - rzuciła postać w szacie Obrońców Natury po czym rozejrzała się dokładnie naokoło odganiając samym wzrokiem zabłąkane dusze.

***

Tak mijał czas. Bez słowa. Ruchu. Oddechu. Po prostu patrząc. Nie wiadomo ile czasu mineło. Na skraju wysepki pojawiło się światło. Białe, czerwone, zielone. Oboje zwrócili tam swój wzrok by dojrzeć znaną już sobie postać. Planetar, istota z czystości i światła, dzierżąca miecz dwuręczny skrzywiła się z obrzydzeniem robiąc pierwszy krok w ich stronę.

***
- Vel, jak nie siebie to możę chociaż jego? - Powiedział, a jego głos przepełniała żądza krwi.
- Powiedziałem morda w kubeł, Mir. - Zmierzył niebianina wzrokiem i uśmiechnął się lekko. Skrzywił się. - Czego szuka tu ten który nas rozdzielił? Czego szuka tu ten który sprawił, że tu jesteśmy?
- Po to co przysięgliście! - Postać wymówiła słowa spokojnie, aż nader opanowanie. Mir rozglądnął się wokoło i wystapił krok naprzód, jego oczy płoneły czerwonym blaskiem.
- Nie! - Wrzasnał
- Przysięgliście i wzieliście na świadków wszystkich bogów jak i mnie, gdy nadejdzie czas zostaniecie zesłani by wracać równowage, sama Calyril pilnuje każdej waszej chwili w wieczności.
- Więc którego z nas trzeba by przechylić szalę? Szaleńca i mordercy, czy zdrajcy i zatraceńca? - Velser mówił opanowanym głosem.
- Mnie! Mnie! - Uśmiechnął się paskudnie - Daj mi! Ja się o wszystko zatroszcze, przecież wiesz, że nie będę szalał... - Widać było na jego twarzy uśmiecha szleńca. Velser w tym czasie odwrócił się plecami do nich i zaczął mówieć cicho do siebie.
- Tyle dusz... tyle istnień - Odwraca się do planetara. - Na tamtym świecie nie ma miejsca dla martwych, a nawet jeśli wybierzesz jego, ja nie chcem wracać, tu mam wreszcie upragniony spokój
- Słyszysz?! Tylko ja zostałem. - Mir wykrzyczał wręcz te słowa.
- Nie - Planetar uśmiechnął się lekko, wręcz kpiąco. - Nie tobie wybierać czy idziesz czy nie, a idziecie obaj.

Mir i Velser popatrzyli na siebie przez chwilę, a potem na niebianina, chcieli wydobyć z siebie dźwięk protestu jednak słowa grzęzły w ich martwych gardłach.

- Dostaniecie nowe ciało, jedno, naznaczone. Udało mi się was rozdzielić, uda mi się was połączyć, choć znając was... To niewiele zmieni. - Podszedł do Velsera, uśmiechnął się do niego i wyszeptał mu kilka słów na ucho, ten kiwnął lekko głową, a z jego martwych płuc wydobył się cichy pomruk. Spojrzał w dół, na swoją pierś i na przeszywający ją miecz, mały, zwarty... jego własny 'Wysysacz Dusz'. Jego postać bladła, stała się pół przeźroczysta, a potem zupełnie zniknęła pozostawiając po sobie zieloną iskierkę wiszącą w powietrzu tam gdzie on przed chwilą stał. Planetar nie zwracając na nią uwagi podszedł do Mira, ten tylko lekko się uśmiechnął.
- Więc niech zacznie się zabawa - Przechylił głowę na bok i poczuł miecz w swojej piersi. Zniknał, choć nawet w takiej chwili nie przestał szczerzyć kłów w bezrozumnych uśmiechu. Jego iskierka była czerwona. Planetar wziął obie, obejrzał je, uśmiechnął się i zniknął. Otchłań ledwo zauważyła, że ktoś z niej własnie zabrał dwie esencje życia...

***

Ludzki dom. Zima. Wieczór. Świece palące się w domu już przygasały.
- Dobranoc kochanie - Powiedział Tdyk całując żonę w usta. - Odpoczywaj dużo by nasze dziecko było silne. - Ona tylko uśmiechnęła się i ziewneła lekko. Zasneła gładząc się po brzuchu i myśląc o nienarodzonym dziecku. On też zasnął.

Bezszelestnie, niczym duch, zjawiła się postać. Rozejrzała się czy przypadkiem nie zbudziła domowników. Wszędzie było cicho. Ciche dmuchnięcie, i słaby błysk dwóch iskirek. Wszstko. Po istocie nie było śladu.
Ostatnio zmieniony 03 maja 2006, 23:25 przez Mahnag, łącznie zmieniany 1 raz
Mahnag
 

Początek piekła.

Postautor: Mahnag » 03 maja 2006, 23:17

Wątłe jeszcze promienie słońca zaczeły się przebijać przez chmury. Śniegi lekko puściły by odsłonić nagą ziemię i resztkę traw. Wszstko zaczynało budzić się do życia, jednak w jednym domu całą noc trwały przygotowania. Tdyk chodził w kółko po wspólnej izbie słysząc jak w pokoiku obok jego żona rodzi. Dźwieki jej wysiłku przeplatały się z poleceniami przyjaciółki rodziny pełniącej teraz rolę kuszerki. Czekał, a każda sekunda wydawała się godziną, każda godzina wydawała się dniem...

Wszstko ucichło. Było słychać tylko świszczenie wiatru. Po chwili która ciągneła się w nieskończoność rozdarł się płacz dziecka, a potem matki pomieszany z paniką. Mężczyzna wpadł do pokoju roglądanął się naokoło uwaznie. Skrzywił się na widok zakrawawionych szmat pod którymi leżała Hynla.Kuszerka stała obok ściany patrzac się tępo w sufit mamrącząc coś pod nosem. Podszedł niepewnie do zawiniątka leżącego na ciele jego płacżacej żony.

Skóra dziecka była dosłownie biała. Zaczął się na nie gapić, dotarła do niego jeszcze jedna rzecz, ogniście czerwone włosy i małe rogi na głowie. Cofnął się odruchowo i zasłonił usta by, może, nie krzyknąć lub przeklnąć. Spojrzał na Hynle, jej oczy były czerwone od łez które spływały obficie po twarzy. Próbowała coś powiedziec ale udawało jej się tylko kręcić głową... przecząco.
- Co to ma być?! Jakiś czarci syn z mojej krwi?! - Wykrzyknął wyraźnie rozwścieczony . - Czym się naraziłaś bogom, że... że to się stało?! - Spojrzał na żonę. W jego oczach była furia.
- Ja... nie, nic nie zrobiłam! Wiesz przecież, znasz mnie. Nie umiem... nie wiem... jakim cudem... Uronio... - Mówiła przez łzy.
- Więc... co nam zostało? - Uśmiechnął się od niechcenia. - Wiem, jesteś dobrą kobietą, ale... to spaczenie diabelskie, to nie może... żyć. - Zająknął się przed ostatnim słowem.
- Ale...
- Nie ma ale. Co z... tym zrobisz? Ludzie zaczną gadać, plotkować, skończy się na tym, że nas wyklną albo na stosie spalą
- Mozę to... to... jakiś przypadek, nie wiem - Mówiła choć w jej głosie słychać było niedowieżenie.
- Przypadek? Takie coś nie istnieje, wybacz ale nie wiem czy mozna to utrzymać przy życiu. - Spoglądną na kuszerkę cały czas stojącą pod ścianą i tepo patrzącą w sufit. - Idź mozę do izby, na stole jest coś mocniejszego, później pogadamy, dobra? - Ona tylko przytakneła i wykonała polecenie.
- Nie - Hynla pisknęła cicho gdy kobieta wyszła z pokoju. - Nie wolno nam go zabić
- Czemu? Więc co mamy robić?
- Nie wiem... Nic nie dzieje się bez... znaczenia. Więc zostawny go przy życiu
- Jakim cudem? Zamknąć go w domu? Nie wypuszczać przed zmrokiem? Powiedzieć, że umarł w czasie porodu? To chore! - Mówił szybko, wręcz plątał się w słowach.
- Choćby i to! To jest nasz syn, czy tego chcesz czy nie. Nie ważne czyją przeklętą krew dostał, jest nasz...
Tdyk westchnął ciężko, wydął wargi i odwrócił się do niej plecami. - Niech będzie, ale na dobre nam to nie wyjdzie. Zapamiętaj te słowa. Ide porozmawiać z Tyrdle, oznajmić, że nic nie widziała... taaak, dosłownie nic.

***

Następnej nocy wszscy spali. Nad kołyską unosiły się dwie pół materialne postacie. Driady i wampira. Uśmiechały się do dziecka, a ono śledziło je zwrokiem. Na kołysce było napisane 'Errdegahr'
Mahnag
 

Młodość.

Postautor: Mahnag » 18 maja 2006, 20:02

Cisza. Chłód zimy, nie pamiętał już której z kolei. Małe dziecko siedziało w kącie kuląc się i mówiąc coś cicho do siebie. Jego czerwone i zmierzwione włosy prawie zakrywały rogi na głowie. Spoglądał na matkę która coś gotowała na małym piecyku przy ścienie, ona tylko odwracała się co chwila sprawdzając czy przypadkiem nie uciekł lub co gorsze, a zarazem zbawianne nie wyparował. Gdy już na niego popatrzała w jej sercy rodził się nienazwany strach, coś czego opisać nie mogła, a zarazem nie wiadomo czy to w ogóle możliwe, na jej twarzy malowała sie zarówno pogarda jak i współczucie. Nie widziała, że to kim jest jej syn jest wolą samych bogów i nie tylko.

Cisza. Myślał, wspominał, kontemplował. Zatrzymał się myslami jakiś miesiąc wcześniej, wspominając kilka milych chwil jakich udało mu się wykrzesać w swoim życiu. Rozmyślał nad spotkaniem ze starym druidem, jak stał w lesie i wsłuchiwał się w jego muzykę... śpiew ptaków, szum wody i wiatru... odgłos jelenia zagryzanego przez wilka? Tak, tę część natury zawsze lubił. Wspominał i myślał...
____________

- Jak daliście mu na imię? - Powiedział już za pewne wiekowy druid marszcząć czoło i patrząc na jego oczy.
- Errdrgahr - Powiedziała krótko i stanowczo matka chłopca.
Druid uśmiechnąl się tylko lekko, spojrzał na nią, a nastepnie na rogi na glowie Errdegahra. - A dlaczego akurat tak?
- N... nie wiem, tak po prostu, wiedziałam jak ma na imię, to samo przyszło... nie wiem jak to powiedzieć. - Była wyraźnie przejęta.
Hmm... - Zamyślił się przez chwilę. - Errdegahr to imię oznaczające plugawą istotę zrodzoną z zła, a jest ono również z języka plugawstw, dokładnie drowów. - Pogładził bródkę. - Errdegahr znaczy w języku drowód po prostu Demon, jednak on jest czymś więcej, czymś co jest zarówno zyciem jak i śmiercią. Natura nie wyjawi mi wszstkiego ale wiedzcie jedno. On nie narodził się przypadkiem... on ma na tym świecie cel, choć pewnie jeszcze nawet dla bogów jest on nie znany...

_____________

Te słowa kołatały mu w głowie cały czas. 'On nie narodził się przypadkiem... on ma na tym świecie cel, choć pewnie jeszcze nawet dla bogów jest on nie znany...'. Uśmiechnął się i choć jego matka była odwrócona do niego plecami przeszedł ją dreszcz i choć nie odważyła się odwrócić wiedziała, że jego oczy zalśniły się czerwienią... iście demoniczną.
Ostatnio zmieniony 19 maja 2006, 12:23 przez Mahnag, łącznie zmieniany 1 raz
Mahnag
 

Dziennik bogów.

Postautor: Mahnag » 31 maja 2006, 18:00

Nieprzenikniona ciemność. Cichy szept odezwał się gardłowym głosem.
- Jak wychowanek śmierci i życia? - Czuć było lekką nutkę pobłażliwości pomiędzy pełnymi odrazy słowami które wręcz przytłaczały swym dźwiękiem.
- Usamodzielnia się, z jednej strony dobrze z drugiej... wierny cały czas bogom, ale on czuje, że to mało, jak tak dalej pójdzie nie będzie nawet mowy o kontroli. - Głos był spokojny, pełen strachu przed tym do którego mówił.
- Więc pilnuj go... a przynajmniej tę połowę która należy do mnie! Bo jego życie jest twoja szansą na życie!
- T... Tak, Panie. - Głuche tupanie kroków powoli oddalało się w bezkresnej nicości...

________

Drzewa szumiały, a istoty lasu słyszany szept. Głos który sam ze sobą prowadził konwersację...
- A więc takie są twe plany? Taaak. Nikczemne są to rzeczy, rościsz sobie prawa do czegoś ... - Głos urwał na chwilę i zamyśliła się. - Do kogoś, do kogo ja mam takie same prawa... ale skoro... ty tak bardzo go pożądasz to zrzeknę się, a całą mocą podepchnę go od Ciebie. - Chichot. - Sam zdecyduje, choć wiem, że ty będziesz działał, jak nie bezpośrednio to przez jego... - Urwało się, wiatr wzbił w górę liście które zaczęły tańczyć w koronach drzew.

_________

Ognisko dogasa, a w jego już słabym blasku majaczy postać, przewraca się energicznie i mówi przez sen.
- Nie, tylko nie to... umarliśmy. Ale wróciliśmy, nic nas tu nie zatrzyma. Ale... nie chcę. To nie, sam sobie poradzę. Jak śmiesz! - Wrzasnął i zerwał się z posłania, przed nim stał cień. - Umarliśmy!
- Ale dano nam nowe życie! - odparł cień grobowym głosem.
- Zostawmy jego ciało, on już wiele przeżył, nie ingerujmy!
- Vel! Idiota z Ciebie jeśli takiej szansy wykorzystać nie umiesz!
- Nie pozwolę!
- Pozwolisz, słabniesz, otchłań wzywa nas... i jego też
- Nie! - Wrzasnął, a z jego rą wyleciał strumień światła, pozytywnej energii która uderzyła w cień.
- Głupcem jesteś - Jego czerwone oczy zalśniły, na na resztce twarzy pojawiło się na podobieństwo uśmiechu. - Trzeba by cudu byś mógł już wpłynąć na to ciało - Po czym rzucił się na niego, i zniknął w błysku czerwonego światła.

Rano Errdegahr obudził się dziwiąc czemu jest jeszcze taki zmęczony...
______________

W ciemności było słychać śmiech triumfu, głęboki i plugawy.
- Taka wygrana mi wystarcza, droga Calyril, teraz już sam pójdzie przez życie.
Obok dało się usłyszeć ponętny głos kobiety który patrzał w kryształową kulę zawieszoną w nicości, jedyny promyk światła w tym bezkresnym oceanie ciemności.
- To jest ten o którego walczyłeś z tą zieloną dziwką? Taaaak. Interesujący, dobrze się spisałeś. Książę Demonów będzie zadowolony.

______________

Oczy Errdegahra błysnęły czerwienia. Zadał cios... chciał zapytać dlaczego, ale zapomniał. Już nie czuł... Bez litości, bez współczucia. Zabijał bo musiał.
Mahnag
 

Wygnanie.

Postautor: Mahnag » 22 lipca 2006, 23:37

Droga, długa, ciemna, czasem tylko lekkie muśniecie wiatru, budziło w nim odruch życia, a oczy rozglądały się na boki badając gdzie się znajduje. Jechał i myślał.
- Jakieś zło, phi, nad wszystkim mogę zapanować, od razu mnie wysyłają do Faraldor? - Westchnął cicho. - Ale niech im będzie, może nie będę tam miał chociaż tych koszmarów... las skąpany we krwi, a na końcu postać... skąpana w płomieniach, nie takich z ogniska, lecz piekielnych. - Popatrzył na bok, przez chwilę wpatrywał się się w posępną wieże w oddali i słyszał szum wody gdy przeprawiali się przez rzeczkę. - Tam podobno nie może wejść żadne zło... miejmy nadzieję. Przynajmniej naucze sie tam pisać i czytać...
Jechał dalej, ukryty pod derką wozu, wschodzące słońce przynosiło ukojenie i błogi spokój... jego ognistej duszy.

***

Elf poparzył krytycznie na Errdegahra i uśmiechnął się krzywo.
- Chyba da się coś zrobić. - Odwrócił wzrok i spojrzał w dal, nie patrząc na niego kontynuował dalej. - Jeśli tylko nie będzie sprzeciwów. Ile wiosen przeżyłeś chłopcze?
- Czternaście, proszę pana - Powiedział od niechcenia. Elf tylko uśmiechnął się lekko i pokazał mu gdzie ma iść.

***

Errdegahr uczył się, przyjaciół nie miał i przeklinał po nocach swe dziedzictwo, swój wygląd, wtedy przylgnęło do niego przezwisko 'Czarci Syn'. Nikt wtedy nie widział jak okaże się trafne...
Została mu tylko cicha rozmowa, z samym sobą, z czymś wyższym... z ogniem, modlitwa o lepsze czasy, otuchę i normalne życie... coś czego pragnął, a z każdym dniem oddalało się od niego, jego wola była silna, lecz... nie do końca.

***

Domostwo, zwykłe, nie wyróżniające się. Czuć w nim było zapach ziół leczniczych i popiołu.
- Czarcie, tej nocy mija twoja dziewiętnasta wiosna, a nauka zakończona, nie chcę Cię zmuszać, ale musisz odejść - Głos elfa był ostry i stanowczy, za nim jego żona szybko zaczęła układać tkaniny udając, że nie interesuje jej rozmowa.
- J-jak to? - Zająknął się lekko zaskoczony, jego oczy zabłysnęły krwistą czerwienią, elf tylko spojrzał za okno.
- Normalnie, skończyliśmy. Masz wiedzę, jednak maga z Ciebie nie zrobimy więc nie musisz tu dłużej być, dlatego, masz opuścić miasto.
Errgdegahr spuścił smutnie głowę i odszedł do swojego konta... ubrał się w skórzaną zbroję nabijaną ćwiekami, przez chwilę się pakował, a przynajmniej tak to wyglądało. Elf, już w sile wieku, odszedł na drugi koniec domu zamykając za sobą drzwi, jego żona dalej układała tkaniny.
Czart długo nie myślał, wszystko na co patrzył widział jakby przez czerwone szkło, wręcz rubinowe. Zwarzył swój morgensztern w ręce i odwrócił się, kilka kroków do żony elfa zrobił na bezdechu, słyszał bicie serca, swojego, jej, nawet starego elfa, siedzącego w innym pokoju. Chwilę później jedno z nich przestało bić... Zamach. Cios. Chrzęst łamanych kości. Pochylona elfka wydała tylko ciche charknięcie gdy morgensztern roztrzaskał jej kość ogonową, miednicę i część kręgosłupa. Zemdlała z bólu. Leżała na ziemi, bez kałuży krwi, bez ruchu, jednak żyła, jej puste oczy choć nieprzytomne patrzyły w jego twarz... nie było krwi. Położył swój ciężki, obity metalem but na jej gardle, uśmiechnął się paskudnie i przełożył cały ciężar ciała na tę nogę. W głowie słyszał tylko głos Doskonale mój Czarcie. Drzwi otworzyły się, stary elf stanął jak wryty nie mogąc wydać ze swojego ściśniętego strachem gardła żadnego dźwięku i zapewne, żadnego nie zdąrzyłby wydać gdyż broń Czarta błysnęła tylko w powietrzu klatka piersiowa elfa wgniotła się, słychać było pękanie żeber i cichy syk wyciskanego z płuc powietrza. Errdegahr puścił broń, chwycił jedną ręką za kołnierz starego elfa i przycisnął go do ściany, przez chwilę patrzył jak powoli ucieka z niego życie, jednak trwało to zbyt długo. Jego oczy zalśniły czerwienią, a drugą ręką chwycił elfa za gardło, uśmiechnął się, a było w tym coś z szaleństwa, przyjemności jak i żalu, żalu, że to trwa tak krótko, ścisnął szyję i jednym szybkim pociągnięciem wyrwał mu gardło. Na zewnątrz słychać było szum wiatru i dudnienie deszczu o ziemię i dachy domostw. Nawet nie zauważyłem kiedy zaczęło padać. - Pomyślał, rozejrzał się i wzruszył ramionami.
Stojąc wśród smrodu śmierci i metalicznym zapachu krwi uśmiechnął się do siebie w duchu, że nareszcie wyzwolił swą złość, teraz jest taki rześki, rozluźniony... ścigany! Ziemia zawirowała mu od nogami, wszędzie wokół pojawiły się płomienie. Izba w której stał między ciałami nagle zaczęła palić! On sam zemdlał.

***

Obudził go smak piasku, żwiru oraz zapach siarki...
Mahnag
 

Postautor: Mahnag » 25 września 2006, 13:45

Obudził go smak piasku, żwiru oraz zapach siarki...
Cichy szept w jaźni.
- Wstań, Czarcie
Bez słowa, wstał.
- Służ...
Pochylił lekko głowę, wielkie pragnienie biło się z jego jaźnią bo podnieść głowę, by dalej być wolnym. Przegrał po raz pierwszy.
- Wiesz kim jestem?
Nie odpowiedział.
- Wiesz.
Skurcz złapał go na całym ciele, usta przemówiły same choć tego nie chciał. Przegrał po raz drugi.
- Księciem Demonów, Władcą Piekieł, moim Władcą...
Wokół jaśniał czerwony blask płomieni. Cichy, gardłowy śmiech rozniósł się wszędzie wokół.
- Zbierz wokół siebie oddanych, niech światło nie gości w ich sercach. Wiesz co robić, Arcykapłanie.
Proste kiwnięcie głową. Czerwień w jego oczach i wyrywająca się dusza, szaleńczy uśmiech wpełzł na jego wargi, a na rękach już poczuł krew. Zatraceniec. Przegrał po raz trzeci, wydawało by sie ostatni, bo już nie miał więcej woli aby walczyć.

******

- Mistrzu, co zrobić z tym ścierwem?
Lekki uśmieszek na ustach Errdegahra kazał rozstąpić się. Mała kula energii pojawiła się w jego doni, młody mężczyzna rzucił się na ziemi spoglądając na niego ze strachem w oczach. W promieniach wschodzącego słońca Czart cisnął kulą która trafiła mężczyznę w środek piersi. Mimo, że wszystko mu przesłaniał szkarłat jego oczu wszystko stało się jeszcze bardziej czerwone, w ustach poczuł smak krwi, a do jego nozdrzy doszedł zapach śmierci. Oblizał wargi i spojrzał na rozczłonkowane ciało człowieka, delikatny uśmiech wpełzł na jego usta.
- Twej duszy nawet Malad nie przyjmie, była za słaba...
Odszedł, nie powiedział nic więcej. Na widnokręgu widać było krwawy świt.
Mahnag
 

Postautor: Mahnag » 25 września 2006, 14:18

Promienie księżyca wpadały leniwie do komnaty oświetlając symbol usypany ze srebrnych opiłków na ziemi. Errdegahr krzątał się wokoło ustawiając wszędzie w charakterystycznych miejscach świece. Krwiście czerwona szata włóczyła się za nim delikatnie. Stanął przed kręgiem wyciągając z fałd ubrania zakrzywiony sztylet. Naciął sobie płytko lewy nadgarstek, malutka strużka krwi pociekła po jego palcach, zaczął chodzić wokół poprawiając znak swoją krwią... Zatrzymał się. Rana momentalnie się zasklepiła, a on sam wzniósł dłonie do góry inkantując. Trwało to długo, kropelki potu wystąpiły na jego czole, a powietrze wokół stało się gorętsze. W środku znaku pojawił się ogień. Najpierw mały płomyczek, który momentalnie zaczął rosnąć. Przeraźliwy pisk przeszył powietrze wokoło, ogień w kręgu eksplodował na chwilę go oślepiając, chwilę później zobaczył to czego się spodziewał. Wielki demon o ognistych skrzydłach, jego czerwona skóra niezbyt miło komponowała sie z białą czaszką na twarzy. Wziął zamach, a wielki jarzący się na czerwono miecz świsnął w stronę Czarta który stał nieruchomo. Zatrzymał się, tuż przed jego twarzą na niewidzialnej barierze kręgu. Errdegahr tylko uśmiechnął się krzywo. Demon ryknął, a wręcz wrzasnął gardłowym głosem.
- Czego chcesz!? Jak śmiesz pętać jednego z najsilniejszych!? Zuchwały śmiertelniku?!
Balor znów uderzył mieczem w niewidzialną barierę. Bezskutecznie.
Czart podniósł dłoń, istota uwięziona w kręgu zawyła przeraźliwie, podparła się mieczem o ziemię. Oczy Errdegahra lśniły czerwienią.
- Twoje imię?
- Nigdy!
Trwało to długo, gdy księżyc znalazł sie w pełni kilka dni później spomiędzy wycia i ryczenia dało się słyszeć jedno słowo...
- Belt'Ur!
Errdegahr spojrzał przez okno komnaty na księżyc i syknął cicho...
- Jesteś mój, Belt'Ur.
Demon pokłonił się i zniknął...
Mahnag
 

Postautor: Mahnag » 25 września 2006, 23:00

Część historii zawarta w tym poście jest dość brutalna, czytanie wyłącznie na swoją odpowiedzialność ;)

Słońce leniwe chyliło się ku zachodowi. Ciemną grotę jaskini oświetlały wiszące w powietrzu płomienie. Postać w adamantytowej zbroi i czerwonym płaszczu siedziała oparta o ścianę na niewielkiej derce, przed nią stało małe pudełeczko. Postać zamruczała cicho.
- Cholerne potwory, ależ mi ręce poszarpały.
Przyjrzał sie dłoniom, było poznaczone czerwonymi pręgami. Magiczne leczenie zasklepiało rany, ale zdarzało się, że potrafiły dokuczać nadal. Otworzył małe pudełeczko, w powietrzu rozniósł się zapach ziół leczniczych i popiołu, delikatnie rozsmarował cienką warstwę zawartej wewnątrz maści na ręce. Odetchnął z ulgą gdy położył maść na swoje zabliźnione rany, a kojący wpływ lekkiego narkotyku złagodził ból. Jego oddech przyśpieszył, a on sam zaczął wspominać swoich rodziców. Ich śmierć.

*****

Mały Imp zatrzymał się przed twarzą Errdegahra.
- Znalazłem ich, panie. Mieszkają teraz niedaleko Brashwood, w lesie.
Spod kaptura widać było lekkie błyśnięcie czerwieni, a Imp czmychnął szybko.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi. Czart stał sam między drzewami w niewielkiej odległości od małej chatki na skraju lasu. Przypatrywał się. Chwilę później ruszył do przodu i stanął naprzeciw wejścia do domku. Zacisnął pięści i warknął cicho gdy przed werandą pojawiła się para ludzi... jego rodziców.
Spojrzeli na niego oboje lekko przestraszeni nie poznając go. Mężczyzna zrobił o jeden krok za dużo w jego stronę.
- Kim ty...
Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Ciężka okuta stalą rękawica uderzyła go prosto w nos. Z hukiem uderzył o ścianę domku i osunął się na niej na ziemię tracąc przytomność. Z jego nosa buchnął potok krwi. Matka Errdegahra spojrzała na niego z niedowierzeniem i paniką, nogi odmówiły jej posłuszeństwa, gdyby nie to mogłaby uciec, jednak tak się nie stało. Ta sama dłoń chwyciła ją za włosy, tuż przy skórze na głowie. Świat zawirował, a w chwilę później widziała tylko coś czerwonego spływającego jej po oczach i drewno. Uderzył nią o ścianę... Z rozciętej wargi oraz brwi sączyła się powoli krew, a nos zamieniony w krwawą miazgę wręcz pulsował przy każdym uderzeniu serca... które nieustannie przyśpieszało. Osunęła się na ziemię obok współmałżonka, jednak zachowała przytomność i podpierała się dłońmi ściany aby nie upaść na ziemię. W tym momencie dało się słyszeć metaliczny brzęk dwóch ostrzy. Spazm bólu przeszył jej ciało. Lekkie spojrzenie na boki przeraziło ja jeszcze bardziej. Dłonie którymi opierała się o ścianę domku zostały przybite do niej sztyletami... chciała się ruszyć ale tylko zawyła z bólu. Przed oczami zatańczyły mroczki gdy prawie straciła przytomność. Po jej nadgarstkach pociekła strużka krwi.
Po chwili dźwięk się powtórzył, nieprzytomny jak dotąd mężczyzna otworzył nagle oczy gdy poczuł jak jego dłonie są przebijane, jęknął z bólu, a pod min pojawiła się kałuża gdy zobaczył dokładnie pod krwisto czerwonym kapturem oczy... oczy które były pełne nienawiści, oczy jego syna. Spojrzał szybko na swoją żonę przytwierdzoną twarzą do ściany, paskudny grymas wykrzywił jego twarz. Czart odszedł parę kroków i przypatrywał im się chwilę jakby delektując się widokiem i cichym łkaniem swojej matki.
Wyrecytował parę słów, wykonał kilka gestów, między nim a jego rodzicami pojawił się czerwony znak wezwań w którym płonął ogień... ogień który szybko się powiększał aż w końcu przybrał formę. Między nimi stał dwu metrowy stwór pokryty czymś w rodzaju chitynowych płyt, chudy, lekko zgrabiony. Z jego pleców wyrastały skrzydła pokryte czarnymi piórami po których spływała krew, miał dłonie z długimi kostnymi szponami. To był demon – Vrok. Errdegahr poruszył bezgłośnie ustami, na jego wargi wpełzł lekki uśmieszek. Przywołana istota zaskrzeczała przeraźliwie zwracając swój ptasi dziób w stronę ludzi, z domku dało się słyszeć pękanie szkła, a na zewnątrz zobaczyć spazm bólu wstrząsający parą. Cieniutkie strużki krwi pociekły im z uszu, a rany na przygwożdżonych do ściany dłoniach się powiększyły. Demon powoli zrobił krok do przodu, jakby delektując się ich bólem i strachem. Stanął za matką Czarta, ta tylko cicho płakała nie widząc tego kto za nią stoi. Vrok silnym ciosem zdarł z niej płócienną suknię kalecząc ją przy okazji szponami, jej twarz przylgnęła do ściany jakby uciekając od bólu... próbując. Kręgosłup Hynlae wygiął się pod wpływem zarówno ekstazy jak i szponów które wbiły jej się pod pachami, zacharczała cicho nad jej uchem kłapnął ptasi dziób. Rytmicznie targana uderzała twarzą o ścianę swojego domu, a rany na dłoniach powiększały się delikatnie przy każdym ruchu. Tdyk wrzasnął widząc co się dzieje z jego żoną, zawył głośno odrywając dłoń od ściany i zostawiając na niej kawałek mięsa, zdeformowany członek z wielkim trudem utrzymywał się w powietrzu, już chciał wyrwać sztylet przygwożdżający jego drugą rękę gdy jego ciało znów przeszył spazm bólu, Errdegahr, jego syn, uderzył kolanem okutym w zbroję miażdżąc mu wolą rękę. Wokół rozniósł się dźwięk pękających kości jak i drewna. Mężczyzna zawył przeraźliwie i zemdlał... Jakby dla akompaniamentu zawyła również kobieta. Vrok w chwili uniesienia oderwał jej dłonie od ściany i podniósł ją jednocześnie przeciągając kościanymi szponami po jej ciele, zrywając resztki ubrania jak i rozpruwając brzuch. Poszarpane wnętrzności wypłynęły na zewnątrz, a ona puszczona przez demona upadła na nie. Jednak on nie przestawał kontynuować przyjemności mimo iż jego kochanka właśnie rozstała się z życiem... odór śmierci rozniósł się szybko. Przez chwilę słychać było tylko chrapliwy śmiech Czarta. Pstryknął palcami. Demon skończył się zabawiać i podszedł do niego rzucając zmasakrowane zwłoki na ziemię, spojrzał swoimi ślepiami na nieprzytomnego mężczyznę. Z jego zgruchotanej ręki ciekła krew. Errdegahr odezwał się cicho, wręcz zasyczał.
- Jemu nie dam już skonać...
Podszedł powoli inkantując cicho, niewielka kula jasnoniebieskiego światła pojawiła się w jego dłoni, dotknął Tdyka. Z jego ran natychmiast przestała płynąć krew, a na jego nieprzytomnej twarzy pojawił się grymas bólu... Otworzył oczy i zobaczył Errdegahra.
- Ty zginiesz z mojej ręki. – Mówił powoli, jakby rozważając każde słowo.
Mężczyzna zobaczył małą buteleczkę w jego dłoniach, Czart delikatnie ją odkorkował, a wokoło rozniósł się zapach siarki, w końcu miał w rękach ogień alchemiczny. Powoli wylał zawartość buteleczki na nogi swojego ojca. Nie minęła sekunda, a zajęły się ogniem. Wrzasnął przeciągle i gdy już znów miał stracić przytomność dostał kolejną dawkę energii, znów został uleczony aby jego agonia trwała dłużej, znów zaczęła się kakofonia wrzasków, aż do momentu gdy płomień zgasł zostawiając po sobie zwęgloną skórę. Niegdyś szarawa tunika mężczyzny była cała poplamiona krwią, do tego doszły jeszcze wymiociny na widok tego co było niegdyś jego żoną. Spojrzał przerażonym wzrokiem na swojego syna tylko po to by zobaczyć beznamiętne spojrzenie oczu o lśniących na czerwono tęczówkach i krzywy uśmiech. Czart stanął o krok od niego cicho inkantując. W jego dłoni pojawiła się czerwona kula energii. Przychylił głowę lekko na bok i syknął do półprzytomnego mężczyzny.
- Do zobaczenia na dnie otchłani, ojcze.
Kula w jego dłoni zniknęła. Klatka piersiowa i głowa Tdyka eksplodowały obryzgując wszystko wokoło krwią i wnętrznościami. Errdegahr oblizał delikatnie palec umazany w krwi swego ojca i uśmiechnął się lekko, jego wargi poruszyły się w bezgłośnych słowach, a Vrok stanął w bezruchu obok resztek obu ludzi.
Czart odszedł powoli w las. Nie widział już jak jego wezwany Demon wybucha kulą ognia podpalając wszystko wokoło, zarówno chatkę jak i zmasakrowane zwłoki. Zresztą nawet nie chciał tego widzieć, bo już go znudziło patrzenie na ich mękę...

Następny wschód słońca znów miał kolor krwi...
Mahnag
 

Postautor: Mahnag » 27 września 2006, 13:24

Ciemność. Bezdenna otchłań. Dwa jarzące sie na czerwono punkciki rozglądają się wokół nerwowo. Dostrzegły coś, bliźniacze oczy, zielone...
- Boisz się? – Cichy śmiech akompaniował pytaniu.
- Ja? Nigdy... ja się nie mogę bać! – Głos był nerwowy i gardłowy, jakby zaprzeczający temu co właśnie powiedział.
Śmiech przeszył ciemność, czysty głos zabrzmiał cicho.
- Przywiązanie... Tracisz go, prawda?
- Nie! Nigdy! Nie można o mnie zapomnieć! Bo to ja sprowadzam zapomnienie!
W oddali pojawił się mały promyk światła... delikatny pomarańcz zalał wnętrze, dało się teraz zobaczyć dwie małe postacie. Jedną przystrojoną zieloną szatę, drugą ubraną w czarną zbroję nabijaną kolcami. Velser i Mir.
Cichy śmiech Velsera.
- Nawet tutaj, w jego sercu wstaje słońce, znalazł chwile ukojenia...
- Nieeee! - Mir rozsypał sie w proch, zostawiając rozmytą widmową sylwetkę która szybko uleciała w ostatnie zakątki ciemności.

***

Wątpliwości.

***

Słońce bezlitośnie nagrzewało piaski pustyni. Postać w adamantytowej zbroi i czerwonym płaszczu powoli kroczyła przez rozpalone połacie umarłego miejsca. W oddali ukazał się schody. Zatrzymał się przed nimi oddychając głęboko.
Powolnym krokiem zaczął się wspinać, jego oddech przyśpieszał. Stanął przed wielkim Altarem Oweodd'a, jego władcy. Ukłonił się nisko pomnikowi, oraz kiwnął lekko głową na przywitanie kapłance, jego kroki skierowały go w bok. Wydrążona ściana odsłaniała kolejną komnatę, tym razem przygotowaną tylko dla niego. Przy wejściu stały dwa Osylutchy, kościane demony, które spojrzały na niego badawczo i natychmiast pochyliły głowy, nie popatrzał nawet na nie. Płomienie, światło, tron i krzesła, a na jednym, naprzeciwko niego... Cień, cień Eylana, odszedł. Pomóc? Czuł, że musi, miał wobec niego jakiś dług...
Usiadł na tronie i czekał, aż się zacznie. Ezehiel, Handir, zasiedli obok niego, jeszcze dwie osoby, pomyślał i westchnął w duszy, bo ilu ich było na początku, teraz miał by prawie armię...
Zjawili się nowi, Allen i Laan... tak, ta przy której mógł na chwilę zapomnieć o krwi na rękach, poczuć spokój duszy. Jakie to miłe uczucie...
Chwila rozmowy, wydanie poleceń i przedstawienie... zostawił ich swoim rozmowom, nie przeszkadzał, rozmyślał.

***

Dlaczego? Wolność? Zerwać z tym? Być znów tylko pod władaniem ognia, a zarazem nim władać... to było by piękne, ale ile stracę... władze, potęgę, prestiż oraz strach ofiar... nie, już bez nich. Bez nich...

A może... Zabić go. Wchłonąć jego duszę, mieć to wszystko ale sam władać, nie słuchać poleceń... Być władcą życia i śmierci, władając ogniami otchłani... Zabić Go!


***

Wschód słońca w jego sercu zatrzymał się w miejscu. Targnął nim wstrząs, a na środku wyrósł wielki czarny kryształ rzucając cień. Widmo Mira skryło się za nim powoli odzyskując ciało...
Mahnag
 

Postautor: Mahnag » 16 listopada 2006, 11:56

[center]Traktat na temat duszy Errdegahra, którego też Czartem zwą.[/center]

[center]Istota to szalona, nikczemnik, jak widzi go wielu. Pod powierzchownością skrywają się dwie dusze, różne a zbieżne tylko w jednym - pochodzą z Otchłani, ich przekleństwo. Magia krwi i magia demoniczna są tym co ich tam wiązało i spaja nadal. Ciało odmienione przez mieszające się moce, mocne na tyle by być dla nich naczyniem. Zieleń dobra, która próbuje wydobyć się i szkarłatne zło, pragnące krwi i zniszczenia ponad wszystko. Umysł poddany ciągłej walce spaczony jej przebiegiem i przechylającą się szalą rodzi kaprysy, raz milsze jednej raz drugiej stronie.
Pętla otchłani oplata go ciągle jarzącym się ogniem i wypala piętno demonów, którym pragnie być Panem.
Strzeż się istoty mordującej z szaleńczym uśmiechem na ustach, uśmiech ten skrywa bowiem wrzask z głębi jego istnienia, by zaprzestał.
Odsyła jednak wciąż nowe istnienia do matni z jakiej pochodzi.

Nie próbuj zrozumieć co nim kieruje, czym będzie jego potomek...
[/center]
Mahnag
 

Postautor: Mahnag » 18 grudnia 2006, 17:30

Południowe słońce grzało piaski pustyni niemiłosiernie, zabijając już w zarodku każde życie które mogło by tam egzystować, jednak jak na przekór tego tętniło ono, tylko, że zostało przyniesione z obrzeży tego morza piasku. Ci którzy służyli płomieniom wybudowali tam świątynię swego Pana, Pana Ognia, syna Władcy Śmierci. W jaskini obok, prowadzącej do pokoju kapłanki mała jaszczurka przemykała między skałami szukając czegoś do jedzenia, lub dojścia do życiodajnego źródełka płynącego obok.
Zatrzymała się. Spojrzała w stronę skąd usłyszała jeszcze przed chwilą głosy.
- Nie w w tej chwili sprawiedliwości na tym świecie. A dusze nasze samotne, przyjacielu.
- Zaprawdę, bo kto pozna nasze dusze... spowite mrokiem... i płomieniami.
Pobiegła dalej, nie rozumiejąc ni krztyny tego co wypowiedzieli dwaj mężczyźni.

Słońce prażyło... Sęp wypatrywał z wysokości ścierwa do zjedzenia, smakując powietrze. Poczuł coś, zapach krwi. Bardzo świeży, silny.
Zakręcił i skierował się w stronę wyrwy w skale, prowadzącej do jaskini... jaskini obok Sakrum Oweodda. Dwie postacie klęczały twarzą do siebie. Ich prawe nadgarstki były obnażone i rozcięte, zapewne sztyletami które trzymają w drugiej dłoni. Czarna stal buzujące wręcz magią...
Złapali się tymi rozciętymi dłońmi łącząc rany. Wypowiadali ciągle jedne i te same słowa, melodyjnie, mimo, że głosy obu były wyjątkowo szorstkie, oraz precyzyjnie, czego nauczyli się przez lata rzucania zaklęć. Więc jak mógł im nie wyjść rytuał Bractwa Krwi? Mówili, razem, naprzemiennie... życiodajny płyn powoli skapywał z rąk, do małej miseczki, wypełnionej do połowy wodą... wodą która z każdą chwilą mieszała się z krwią obydwojga.
Ptak wbił w nich wzrok, jednak zniechęcił go fakt, że ciągle sie ruszają, a głosy nie słabną. Odleciał. Nie widział już jak każdy, po kolei upił łyk z miseczki. Jak jeden z mężczyzn rzucając zaklęcie uleczył rany po nacięciach, jednak zostawiając podłużne blizny.

Nie widział też jak oboje później złożyli ofiarę ze swej krwi Oweoddowi, oddając mu cześć, bo przecież, krew to najcenniejsza rzecz dla demona... a ich magia krwi, którą byli związani, nie mogła być zerwana nawet przez bogów...

Przynajmniej oni tak myśleli.

*****

Kolejny wstrząs w jego sercu. Kolejny kryształ... Cienie stają się coraz dłuższe. Wątpi.
Mahnag
 

Nowy początek chaosu

Postautor: Mahnag » 18 czerwca 2007, 19:40

*************************************************************

Ciemność...
- Koniec? Ile to razy patrzyłem już w oczy śmierci i zawsze wychodziłem z tego dzięki woli Oweodda... Teraz mnie opuścił!
Światełka w oddali... płomienie. Otchłań... jest nagi, bezsilny. Znów Książę demonów! Szepty, ciche, melodyjne... przeplatane torturami cielesnymi i psychicznymi... nikt go nie szuka... prawie... raz się przeliczyli. Ona go szukała, obraz szybko zniknął. Ale... to nie nadzieja, bo go tu nie znajdzie. Pocałunki sukkubów, igły wbijane w każdą część jego ciała.
- Już wolałem żyć... Szepnął cicho krzywiąc się z bólu. Uderzenie serca... myśl zagłady.
- Daj mi walczyć! Oswobodzę cię! – Wrzask nie kogo innego jak wampira... Oczy lśniące czerwienią i... zgoda, szaleńczy śmiech. Łańcuchy zerwane i... uderzenie Księcia demonów... nie cielesne, przeszło przez niego wyrwało coś... Nie! Został tylko on! Nie! Błysk zieleni za jego plecami, to już koniec... Chce być sobą! Daj mi!
Opętańczy śmiech... widok Księcia Demonów, jego uśmiech... mój uśmiech, nie! Nie mój! Jego! Oni wiedzieli!
- Zamknij się! -Metaliczny głos wampira, już niczym nie hamowany rozdarł się po sali w której byli. - Jesteś mój – Uklęknął przed Księciem Demonów.
- Jakie są twe rozkazy, mój panie?
- Dobrze je znasz, mój wychowanku... Przekaż śmiertelnym, że istniejemy


Dalej były już tylko wrzaski... Demony obdzierane ze skóry... nowe ciało, prawie identyczne jak stare... Teraz 'Czart' przestał być przydomkiem...

*************************************************************
Mahnag
 

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie IV Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron