Historia pewnej Paladynki

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Historia pewnej Paladynki

Postautor: naratoth » 10 kwietnia 2006, 21:36

Młoda kobieta w luźnej sukni siedzi samotnie pod drzewem w Faraldor. Lekko dotyka swojego brzucha i uśmiecha się - rozkoszuje się promieniami porannego słońca. Na kolanach leżą kawałki pergaminu, jeszcze czyste, a w ręce symbol Torma. Koło niej spoczywa miecz, starannie wypolerowany. Przepisuje coś z pogiętych płócien.

Mam jeszcze czas- pisze,- do rozwiązania jeszcze dwa miesiące i nie musze na razie być pod opieką Godfryka. Zatem przyszła odpowiednia pora by spisać moje dzieje, dla was, maleństwa. Przyjdziecie na świat z miłością i utęsknieniem. Jednak trwa wojna, w której ja i wasz tatuś będziemy walczyć. Wygramy, moc Miłościwego Torma jest z nami. Zamieszkamy razem w Faraldor, w domu koło Świętego Drzewa, razem z naszymi przyjaciółmi. A Chonn będzie was uczył jak zwalczać wampiry! Ciekawe, czy zostaniecie paladynami Torma, czy magami, jak tato? Tymczasem, pozwólcie, że me wspomnienia przeleje na papier, abyście zali swa matkę jakbygdyby (ostatnie słowa wykreślone) tak, na wszelki wypadek.

Kobieta zamyka powoli oczy, marszczy brwi, a na kartkach papieru pojawiają się zdania.

-Mamo! Mamo!- mała dziewczynka wbiegła do wiejskiej chatki wymachując drewnianym mieczykiem.- Znów pokonałam Fedrina! Patrz, mój święty Wielki Miecz zciachał mu głowę!
Usiadła wygodnie, rozplątując palcami długie blond włosy. Machając nóżkami przyglądała się starej matce gotującej zupę w zardzewiałym kotle. Kobieta spojrzała na córkę, uśmiechnęła się, ale na twarzy pojawił się szybko grymas cierpienia. Wytarła ręce w połataną ściereczkę i spojrzała małej w oczy.
- Tego chcesz, Nici? Chcesz zabijać swych kolegów?
- Mamusiu! To był zły wampir! Chciał mnie ugryźć, o tu! A ja wezwałam imię Torma, jak tatuś, i rach ciach już nie żył!
Twarz matki pobladła, usiadła na drewnianym krześle tracąc oddech. Zaniosła się ciężkim kaszlem.
-Niech tego Torma otchłań i balory pochłoną. Zabierze mi ja, jak zabrali jego-wyszeptała. –Wstań, już jesteś duża, przeprowadzasz się do mej siostry.
- Ale to wiedź… starsza kobieta, i mieszka w puszczy!
Nie było więcej słów, matka szybko spakowała jej niewielki tobołek i posłała po chłopca ze wsi, by ich poprowadził. Dziewczyna z milczeniem przyjęła, to, co jej matka zaplanowała. Nie popłakała się jak matka złamała tak staranie wystrugany miecz. Wzrokiem odprowadziła Fedrina, który jeszcze wypluwał czosnek z ust. Spojrzała z lękiem w las. Została popchnięta przez matkę, by szła szybciej.


***
Musiała uciec. Ciotka ja biła i wyzywała, ale nie to było najgorsze. Pokazywała jej śmierć i zniszczenie, okrucieństwo… Nie pozwalała matce jej odwiedzać. W końcu zbluźniła imię Torma. Nici chciała powiedzieć jej wprost, że odchodzi i nie ma zamiaru jej więcej widzieć. Weszła do chaty w chwili, gdy ciotka podcinała żyły małej dziewczynce.
- Co to jest?! –otworzyła szerzej oczy.
-Potrzebuje krwi dziewicy. Wzięłabym Twoja, ale ta moja głupia siostra by mnie zabiła. Pomóż mi! Jest młoda, pewnie nie przeżyje.

Słowa na kartce zaczynają się mieszać, pojawiają się krople krwi, chaotyczne słowa w nieznanym języku, pergamin zaczyna się giąć i spalać.

***
Pojawiają się niewyraźne zdania:
Dziewczynka zaprowadziła ją do swojego miasta. Tam Nici, podając się za sierotę, odnalazła zakon Torma i zaczęła nauki. Była małomówna i nic nie chciała wspomnieć o swej przeszłości. Nie podała nikomu swego nazwiska. Z wielką determinacja ćwiczyła swoje umiejętności, została zauważona przez mistrza Zakonu i osobiście trenowana przez niego. Zawsze analizowała z chłodem sytuacje i zażegnywała spory. Koledzy zaczęli mówić o niej „Sprawiedliwa”, nigdy bowiem nie mieszała uczuć do swych sądów. Nikt jednak nie wiedział, jak potrafi je oddzielić.
Pewnego dnia, gdy wróciła z jaskiń goblinów, jej mistrz czekał na nią przez zamkiem.
-Masz zadanie. -Powiedział głucho, a jego blond włosy zakołysały się przy ruchu głowy.- Możesz wybrać. Jedno łatwe, drugie przynoszące dobro.
-Drugie.- Odpowiedziała bez namysłu.
Uśmiechnął się ustami, ale w oczach widać było smutek.
-Tak sadziłem. Pakuj się, już nigdy mnie nie zobaczysz.
Nici szerzej otworzyła oczy. Jednak skinęła tylko głową i ruszyła do swej komnaty. Parę minut później stała w zbroi na dziedzińcu z symbolem Torma na szyi. Przed nią pojawił się mężczyzna w pięknej pełnej zbroi płytowej.
- Pojedziesz na Lodor. To wyspa pełna zepsucia i zdrady. Zawiadomiono nas, że rządy tam sprawuje zła organizacja Cieni, a po lasach wampiry zabijają niewinne elfy. Jedyna paladynka, która mogłaby się tym zająć straciła łaskę Torma i zeszła na ciemną stronę zadając się z Bractwem. Idź tam i przywrócić miłość i Dobro. Nie wracaj, póki tego nie dokonasz. Masz poprowadzić resztki Dobra, które się urodzą w tym zepsuciu do walki i w końcu ukrócić rządy Zła. Czy to jasne? W Tobie jedyna nadzieja. Nas tam znają. Może pomogą Ci Łowcy Wampirów. Idź, czasu masz mało.
Nie odpowiedziała nic. Skinęła głowa, a następnym, co zobaczyła to płatki śniegu i iglaste drzewa. Pochylał się nad nią pewien starzec, który mówił coś o swym porwanym wnuczku.
- Jestem zatem.-Powiedziała cicho, spoglądając ponad drzewa na jaskrawą łunę na horyzoncie, z której przemykały jakieś cienie.
-To Aludur-rzekła jakaś kobieta kiwając głową.- Nasze miasto, nasze wspomnienia. Tam nasi mężowie umarli. I nasze dzieci…
-Cicho bądź, stara! Nie widzisz, ze ją to nie obchodzi? Nikogo to nie obchodzi!- Przerwał jej starzec wyciągając płótno z obrazem małego chłopca. Kobieta odeszła spuszczając głowę. Nici spojrzała w las. Dostrzegła czerwone oczy czające się na małą dziewczynkę bawiącą się w śniegu. Mocniej zacisnęła rękę na mieczu.
-Witaj, Lodor- szepnęła szarżując na zwierza.


***
-Kim jesteś?- Spojrzała na postać w szatach i kapturze, biła od niej magia i cos… niepokojącego. Skończyła właśnie strawę przy ognisku.- Podaj swe imię, nie zwykłam rozmawiać z nieznajomymi.
Postać się zaśmiała. Lekko ściągnął kaptur. Mogła wtedy dojrzeć jego śnieżnobiałe włosy i szpiczaste uczy.
-Manwe, moja droga. A kim ty jesteś, pani?
-Nici. Paladynka Torma. I zwracaj się do mnie z szacunkiem. Nie czas na komplementy.
Elf się uśmiechnął. Spojrzał na kobietę i wyciągnął rękę.
- Może oprowadzę Cię po wyspie, pani Nici?- Lekko się zawahała. Zamknęła oczy i ucałowała symbol. Szepnęła parę słów i podniosła oczy.
-Dobrze zatem, ruszajmy. Opowiesz mi o Aludur. I Cieniach.
-Już słyszałaś o Cieniach? Ich niesława zatem dochodzi daleko. Pójdźmy. Pokaże Ci Vegnar, Faraldor…
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Postautor: naratoth » 10 kwietnia 2006, 22:15

***
Kobieta wyciąga zmięta kartkę i przepisuje z niej treść na pergamin:
Śmierć i krew, tylko to się liczyło. Ogry zabijają elfy, ich ciała są wszędzie w jaskiniach. I te piękne sokoły mordowane przez nie! Mała dziewczynka powiedziała mi, ze jej braciszek zaginał. Widziałam jego ciało na wpół zjedzone przez wodza ogra… Co ja…? Co ja miałam jej powiedzieć? Zabije, zamsze! Znów spotkałam Manwe. Znów trochę mnie wspomógł, mówi cos o odkupieniu swych zbrodni… Nie wiem jak taki dobry elf mógłby cos złego uczynić. Mówi, ze moje modlitwy dodają mu sił, że mój zapał przypomina mu jego chęć pokonania zła. Nie rozumie, Torm pokona wszystkich! Jak tylko mu zaufamy… To takie proste.
Idzie ktoś! Jakiś krasnolud?
-Witaj Manwe. Kim jest ta pani, co z Tobą podróżuje?
-Nici, To Vorw, wspaniały krasnolud, Vorwie, to Nici, paladynka.
-Wybaczcie.- Odszedł na chwile, poczym wrócił w przepięknym garniturze.
-Miło mi Cię poznać. Cóż wy tu robicie?
-To zemsta, te ogry zabiły młodych chłopców, staram się wymierzyć sprawiedliwość- powiedziała pewnie i bez zająknięcia.
-Zabijają chłopców? Nic mi o tym nie wiadomo… Manwe, o czym ona mówi?
-O tych ciałach, które leża pod Twymi stopami.
Wspaniały krasnolud, Manwe mi jeszcze o nim opowiedział, jakim prawym mnichem on był. Niestety następne spotkanie z nim było… Ale o tym później.

***
Miasto Faraldor, elfy, drzewa i to morze! I podróżnicy pełni zapału i werwy! Spotkałam tam młodego paladyna, Brana. Jego przyjaciółkę, Galie oraz Sloma. Wspaniała drużyna. Nie raz ryzykowaliśmy dla siebie życiem, nie raz zostaliśmy zgładzeni przez wampiry. Slom coraz częściej zaprzątał me myśli. Podczas kolejnej wyprawy spotkaliśmy pewnego elfa, który miał się okazać mym najlepszym przyjacielem. Początki jednak nie były łatwe, zabiłam jego Cienia. Przywoływać jakieś bestialskie stworzenia przy paladynie! Okazał się jednak wspaniałym towarzyszem. Tylko jego tajemniczość lekko niepokoiła. Ze Sionem zdobywaliśmy odtąd potęgę, a Manwe ruszył w swa stronę. Już niewiele o nim wtedy słyszałam. Slom skierował się na ciemną stronę. Wiele godzin spędziłam, by go nawrócić, jednakże już nie byłam nim zauroczona. Teraz tylko Torm, tylko moja misja. Uwolnić Lodor od zła, uwolnić Lodor od zła! (
Litery tu są pisane szybko i gwałtownie, kartka papieru jest w niektórych miejscach pomarszczona).

***
Manwe okazał się zły. Dlatego nie wpuszczano go do Faralodr. Dlaczego? Dlaczego mnie tak zawiódł? Jemu najbardziej zaufałam! Może się zmieni? Porozmawiam z nim. Musze tylko znów się opanować. Nie mieszać uczuć do osądów…

***
To… Moje pierwsze załamanie, ja Tormie, czy ty jesteś jeszcze? Manwe z nami, dobro mu przyświeca. Sion także, jego miecze i to znikanie, ale Sir William, kolo Boidoca, gnoma kupca, Mistrz Cieni… I jeszcze ten skrzydlaty kobold chcący ze mną porozmawiać. Jego kolega zabijający młodego druida na mych oczach… Ja musiałam się zemścić! Wróciłam do Torma, ale on mnie odesłał. I potem Manwe, I mistrz Cieni, chaos, walka… Łowcy Wampirów? Manwe po naszej stronie. I Kamia czarodziejka ze smokiem. Potem Vorw… Jako wampir! Manwe rozmawiający z Gabrielem i ta paladynką Alo. Ta zdrajczyni!… Chcą mnie zgładzić. Manwe zabili, nie chcieli mi oddać jego ciała. Ja… Ja nie wiem czy jestem taka silna. Śmiali się, wyzywali. I Settika, ta, która się oddaje wampirowi. Kobieta!… A wiec to jest to zło, o którym mnie przestrzegano… Zło…
***
Sion i Manwe mi pomogli. Nie załamie się, nie pozwolę im mnie zniszczyć! Ma wiara przetrwa, ja jedyna będę stała w sweh naturze.

***
Manwe jest z nami, czy jednak na długo? Mówiono mi o jego romansie z.. wampirką. On mówi, że to już przeszłość. Mam do tego nie wracać. Nie wrócę. Musze zatem zapomniec o tym. Mieć nadzieje, ze w jego serce już nigdy mrok nie zstąpi.

***
Poznałam Lagesa. Ale czy akurat wtedy on mnie widział po raz pierwszy? Jego tańce w słońcu powodują, że nikt go nie widzi. Nie chciałabym go mieć za wroga. Dobrze, ze to największy przyjaciel Manwe. Obrońca Natury. Ta organizacja wzbudza we mnie sprzeczne uczucia. Ich przywódca, Sillivren, chciał bym z nimi połączyła swe siły. Ricky wspaniale wyrecytował ich przysięgę, oby była ona przestrzegana. Niestety, mam swż misje. Jestem paladynka, bronie ludzi i elfy, nie zwierzaczki. Jednak Obrońcy walczą z wynaturzeniami, wiec są moimi sprzymierzeńcami.
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Postautor: naratoth » 10 kwietnia 2006, 22:28

***
-Już nie będzie więcej porywała chłopców z Faraldor, strach pomyśleć, co z nimi robiła- powiedziała paldynka patrząc na martwe ciało wiedźmy.
-Może pojedynek, Sionie? –Spytała z iskrą w oku.
-Pojedynek? Masz na myśli…
-Sprawdźmy nasze umiejętności w walce z Cieniami! Pójdź za mną!
Wielka arena, dookoła mury. I słońce świecące prosto w twarz. Trochę cienia na piasku. Pot spływał z jej czoła, jak gorąca musi być ta złota blacha. Jak ciężki miecz. On także przetarł oczy, zmrużył powieki. Niech się zacznie.
Obrót głowy. Gdzie on jest? Sztylet, szybki unik, przewrót, znów na nogach. Rozgląda się. Pusto, a jednak czuje… Czuje czyjś oddech na ramieniu? Padnij, znów sztylet. Uśmiecha się. O nie, mój drogi… Mocniej chwyta rękojeść miecza i wypowiada cichą modlitwie. Teraz mnie znajdź… Teraz. Sztylet minął szyje kobiety trafiając w odsłonięty policzek. Ta blizna będzie ją szpeciła do modlitwy Uzdrowiciela. Starła krew z twarzy, stanęła niżej na nogach i zamarła cicho… Sztylet, obrót, cios, powalenie.
-Mam Cię.- Z uśmiechem i lekką ulga.
-Rewanż –odrzekł przez zaciśnięte zęby. Milcząc wstał, szybkim ruchem głowy zbadał otoczenie, jeden ruch. Znów go nie ma. Szelest. Tupanie? Czekanie… Gdzie on?.... Chwile mijają. Sionie? Przełyka głośno ślinę. Obrót głowy. To jakieś demony dają mu te moc. Strach? Paladyn się nie boi… Ale ten niepokój, niepewność. Stop! Torm daje mi siły. Ucałowanie pierścienia, modlit… Sztylet przy szyi i cichy głos szeptany do ucha: remis.

Usiedli pod cieniem filaru. Zmęczeni i szczęśliwi, każdy z nich czegoś się nauczył.
-Wina?
-Paladyni nie pija alkoholu.
-Zatem fajki także nie?
-Zapewne.
Pijąc wino i wodę odpoczywali na murach. Zaczęło się od prostej rozmowy, pytania o tajemniczość. Nazwisko. Ale nie mogę go wyjawić. Cóż zrobił mój towarzysz? Zrozumieć go? Czy można? Teraz wiem, że go znam. Ta tajemnica, me serce czernieje. Jakiż ból skrywa jego dusza. Powrócił, i to się liczy.

***
Kobieta znów zamknęła lekko oczy, a na pergaminie zaczęły pojawiać się słowa i obrazy.
Wysoka kobieta idzie przez Wzgórza Neroda lekkim krokiem. W rękach trzyma Wielki Miecz, skórzany plecak zwisa luźno z jej pleców. Skręciła ze ścieżki na południe. Przemknęła się cicho koło niedźwiedzia, tym razem jej nie zauważył. Jej przyjaciele, Obrońcy, nie byliby zadowoleni z kolejnej śmierci zwierzaka. Stanęła przed wejściem do Obozu Łowców Wampirów. Walały się wszędzie głazy, nie można było wejść do środka. Paladynka się zaniepokoiła. Od czasu, gdy stanęła ramię w ramię z Sir Williamem w walce z Matheriousem Łowcy byli dla niej jak bracia. Wybiegła szybko na drogę. Szczęściem przechodził obok Manwe. Znów mówił coś do siebie. Te jego samotne rozmowy były niepokojące.
-Arcymagu! Cos się dzieje w Obozie, wrota są zabarykadowane, nie można wejść.
-Sprawdzisz to? –Manwe odwrócił głowę i powiedział w powietrze.
-Manwe, ja…-Nici rozglądnęła się- Przedstawisz mi swego… kolegę? -powiedziała miękko ze współczuciem.
-Już poszedł.
-Ach tak. Manwe? Może porozmawiasz z Godfrykiem? To dobry kapłan, on cos zaradzi…
-Jest gruzowisko, nie mogę przejść- powiedział głos zza Nici. Odwróciła się. Nie zobaczyła nikogo.
-Zatem czas to wysadzić. Chodźmy tam.
Nici nerwowo zaczęła się rozglądać i lekko machać rękami dookoła.
-To Lages, pani Nici- powiedział beznamiętnie Manwe.
-A niech piekło te ukrycia i niewidzialności! Pokaż się, elfie!
-Mówiłaś cos o Godfryku?
-Już nic…
Stanęli przed głazami, koło nich pojawił się mag.
-Magowie! –szepnęła cicho Nici.
-Co tu się dzieje? Dlaczego widzimy te głazy? -spytał Arcymag.
-To zabezpieczenia, jestem magiem Łowców. Zostaliśmy napadnięci przez wampiry.. Wejdziecie! Walki wciąż trwają.
-To tylko iluzja, magu. Widzę to. Przejdziemy i…- mag zniknął.
Trójka przyjaciół weszła do obozu. Po chwili dołączyła do nich czarodziejka Kamia. Widzieli martwe ciała Łowców i krasnoludów. Łotr wyciągnął szybko zwoje z tuby i zaczął inkantacje wskrzeszania, Manwe wbiegł w głąb obozu- walki się nie skończyły. Nici przystanęła tylko na chwile. Ruszyła szybko. Cios, powalenie, śmierć, czosnek? Srebro? Miecz Torma i jego świętość. Drzwi od koszar wywarzone. Dom się pali, krzyki ze środka. Ugasić pożar, zabić wampiry. Wbiegają do środka, trupy. I zabarykadowane drzwi. Co się tam dzieje? Sir Williamie? Wyważają drzwi, w środku, na podłodze klęczy mężczyzna w zbroi.
-Żona moja? Gdzie jest? Gdzie jest?- Niemal wykrzykuje w twarz podwładnym, wybiega z pomieszczenia. Brak czasu na pytania. Brak czasu na działanie. Została porwana.
-Sir…-Nici się powoli odzywa- Znajdziemy Twa ukochana, w imię Torma, znajdziemy!
-Torm? A gdzież on był jak ją porywano? Może teraz ją torturują? Nie mów mi o Tormie! Nie chce go już znać. Straciłem swą wiarę.
-Sir, proszę się opanować! Torm jest wielki, nie znamy jego planów. On…
-Znajdźcie moja żonę- przerywa z wrzaskiem. Błądzi szaleńczo po pomieszczeniu- Kto ją miał pilnować? Kto!- Zebrani milczą, tak niezręcznie patrzyć na stratę swego przywódcy, na jego… szaleństwo.
Strażnik został przesłuchany, to jego mistrz- mag sprzed wejścia zdrajcą. Wróżby Manwe wskazały okoliczną wieże wampirów. Ruszajcie, póki nie jest za późno. Thrale, te psy. Wieża. Ileż z nią się koszmarów wiązało. Paladynka mocniej ścisnęła miecz i przeżegnała się.
-Wchodzimy.
Walka. I sama matka wychodząca na spotkanie. Kłamstwo, że jej nie mają, kłamstwo! Walka, chaotyczna, zła walka. I śmierć. Gdzie Kamia? Odeszła już. Ciemność… Tormie? Znów widzę twą twarz. Mam wracać? Vegnar, cisza, spokój… Manwe? Też jest tutaj?
-Witaj Manwe, ten ból głowy… Nie wyglądasz najlepiej…Może kawałek dzika?
-Chętnie- uśmiecha się blado.
Do twierdz wchodzi Lages. Wchodzi, to raczej źle powiedziane. Pojawia się przed nimi, w miejscu, gdzie jeszcze mógłbyś przysiąc, że widzisz gobelin stoi elf w kapturze.
-To nie było mądre.
-Dzik?
-Walka, pozwólcie, ze wam przypomnę.

-Biegnijmy do wieży!
Nici odskoczyła w bok, przed nią znów stał mag w czerwonych szatach.
-Atak, tak? To teraz macie niespodziankę. Idźcie dalej ta ścieżka, idźcie…-zaniósł się szyderczym śmiechem. Nim ktoś zdążył zareagować, już go nie było.
Szli w milczeniu, trochę wolniej niż zwykle. Czy chcą zobaczyć, co jest na końcu ścieżki? Czy nie lepiej zawrócić?
Nici padła na kolana. Manwe cofnął się, Lages wstrzymał oddech. Krew… Morze krwi… Drobne ciało, już suche, torturowane, nie można już poznać, że to kobieta. Brak rąk, nogi… Te rany, zdarta odzież. Nici zakryła dłonią usta. Lages wypowiedział inkantacje, przybrał kształty jakiegoś kolosa delikatnie podnosząc ciało z ziemi. Milczeli idąc powoli do obozu. Trudno tu opisać gorycz i żal Sir Williama, trudno wyliczyć jego łzy. Jakże dziwnie patrzeć było na twarze krasnoludów, podciosane bliznami, teraz takie ciche i spokojne. W oczach był gniew. Pogrzeb. Modlitwa do Torma. Żal, i poczucie, że to wszystko nasza wina. To nie ty ją torturowałaś, Nici, to oni to zrobili! Oni są złem. Zemsty trzeba dokonać. Zemsty. I dokona jej później. Ale to nie wróci życia tej kobiety. Nagrobek zawsze będzie stał w lesie. Zawsze będzie przypominał o jej błędach. Sir William odszedł. Stracił wiare w Torma. Bóg wyznaczył następcę. Nici jest dowódcą, teraz ona będzie chronić tego obozu. Odpowiedzialność. To zalążek naszej nowej armii. Armii przeciw Cieniom. Strzeżcie się Ci, którzy wybrali prostą drogę zabójstw i kradzieży. Tchórze atakujące słabszych. Przyjęła z dumą obowiązki ochrony Boidoca i walki ze złem. To dopiero początek. Dopiero początek… Który zaczął się tak tragicznie. Czy tak samo będzie wyglądał koniec?
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Postautor: naratoth » 11 kwietnia 2006, 19:47

***
Znów deszcz w kaplicy Torma. Po kamieniu ciężko spływają krople wody, unosi się lekki zapach ziemi i martwych liści. Drzewo delikatnie porusza się na wietrze, stukając gałązkami o wielki posąg. Przed monumentem stoi postać, już od paru godzin nie daje znaku życia. Przypatrzmy się wędrowcowi. Ileż szczegółów można dostrzec podchodząc bliżej. To kobieta. Oczy ma szeroko otwarte, a jej usta poruszają się w niemych słowach. Miecz rzucony kilka stóp dalej, ledwo widoczny w błocie. Dłonie splecione obejmują lekko iskrzący się pierścień. Zapewne umarłaby od chorób już jutro rano, gdyby nie ten symbol na jej szyi. To paladyn, zawsze niebiosa będą czuwały nad jej zdrowiem. Zostawmy ją, modli się bezr... Padła na kolana! Dramatycznym gestem rozdziera liście dookoła i zaczyna krzyczeć, krzyczeć tak głośno jakby chciała by wszyscy, na ziemi i w niebiosach, w piekle i otchłani ją usłyszeli. Potok słów wyrzuconych z jej ust można tylko przytoczyć. Krzyk, najpierw donośny i mocny, blednie z każdym zdaniem dochodząc do szeptu:

‘Tormie, błagam. Daj mu szanse. Daj! Nie chce tego więcej słuchać, zważ na jego serce! Tylko głupi zakład, nic więcej! Chciał ratować podopiecznych. A jego przeszłość, obrona! Daj mu litość, powróć do życia, bądź odbierz mu życie ostatecznie, niechaj się nie hańbi! I nie hańbi innych… Nie pozwolę na wieczne potępienie, nie pozwolę, on nic nie zrobił, nie zabił, nie zabił! Litość, litość, nic więcej… Obdarz mnie łaską, jak kiedyś zesłałeś do mnie Strażnika Lodor. Daj mi potęgę by móc go stamtąd wyciągnąć… Tormie przenajświętszy, ochraniaj nas, przyświecaj nam, obdarz nas miłością i wolą walki. Doprowadź do zwycięstwa, uświęć miecze nasze, oczyść serca nasze. Bądź Dobrem, bądź Sprawiedliwością, bądź naszą Nadzieją… Niech Plan Twój przepełniony będzie Ciepłem i Miłością, niech Plan Twój zstąpi na ziemie i nas wszystkich wchłonie. Władaj w Niebie i władaj na ziemi, bądź Panem wszystkich Mężnych Krasnoludów, Odważnych Ludzi, Pięknych Elfów, Przebiegłych Niziołków, Sprytnych Gnomów, Tajemniczych Koboldów…”

Już nic nie słyszę, chyba modlitwa w szept umysłu przeszła. Tylko ona ją słyszy, tylko Torm ją rozumie.

***
Torm nie zrozumiał, Rymir mych słów nie chciał wysłuchać. Klęska zatem? Nie pierwsza zapewne. Settika potwierdziła tylko to, cóż chciałam usłyszeć. Zatem przepadł. Coraz rzadziej go widuje, czasem tylko słyszę pogłoski o ciemnej postaci skradającej się po jaskiniach. Czy to on? Już dawno nie zawiadomiono mnie o ciałach trolli z dwoma rankami na szyi… Zatem przepadłeś? Czyżby jednak Rymir mnie wysłuchał? Czyżbyś faktycznie odszedł pod jego bezpieczne skrzydła? Obyś tylko nie zstąpił do piekieł. Wspaniale życie, a taki upadek pod koniec. Ilu jeszcze bohaterów tak skończy? Kobold już jest z tobą… Bestią cię będę nazywała. Zabiłeś mnie. Zabiłeś. Tylko Torm pozwolił mi wrócić.

***
Wiem, ilu. Kolejni przeszli na stronę nieżywych, gnijących ciał. Każdy z nich będzie teraz próchnem, nie dozna rozkoszy życia, jak pijawka będzie żerowało na innych. Xonit, towarzysz Manwe w walkach. Nawet on, dla potęgi, dał się ugryźć trupowi. Łatwiejsza droga, kto jeszcze tchórzem zostanie, czas pokarze.

***
Obrońcy, obserwatorzy Natury! Pakty i pokój, ochrona zwierząt! I ten Kesterto swymi słowami neutralności zatruwa moje myśli. Nie chce chronic miast? Tylko Skrzyżowanie? Nie ma sensu z nim rozmawiać. Coś musi zostać postanowione. Zorganizowane. Coraz więcej osób pyta o Łowców. Ale ja chce walczyć także z Cieniami. Dobra Organizacja, z którą można by zawrzeć sojusz…

***
Spokojnie weszła do budynku. Elfka cicho przepisywała kolumny cyfr, w kącie stał otwarty sejf, nad nim schylała się postać w fioletowych szatach. Obok stal, zapewne, mężczyzna. Na pewno mag. Powietrze wokół niego było cięższe, jego ciało lekko wibrowało. Oczy wydawały się błyszczeć w każdym kolorze, zielona poświata zaznaczała linią każdy ruch ręką. Jak duch, stał, raz rozpływał się w powietrzu, jego skóra była twarda niczym kamień, a włosy pochylającej się postaci wyraźnie odsuwały się od niewidzialnego kloszu otaczającego czarodzieja. Odezwał się niskim głosem, zatem mężczyzna.
-Witaj, nieznajoma.
Postać wstała i obróciła się do paladynki. Także mag. Jego oczy utkwiły w twarzy przybyłej.
-Witajcie. Zwą mnie Nici. Powiadomiono mnie, że Egerir, członek Żołnierzy Dobra przebywa w Faraldor. Dostałam informacje, że to mag. Ty, panie, jesteś czarodziejem. Nawet taki wojownik jak ja może to poznać. Czy zatem Ty, bądź Twój towarzysz nosi imię Egerir?- mówiła płynnie i stanowczo badając mężczyzn przymrużonymi oczami.
-Prawda, jesteśmy magami- mężczyzna lekko się uśmiechnął-czegóż chcesz od Egerira?
-Wybaczcie, panowie, to moja osobista sprawa, to zostanie pomiędzy nim a mną.
Mężczyźni lekko skinęli do siebie głowami. Postać ledwo widoczna zbliżyła się do Nici. Zaklęcia prysły, a płomienie w komnacie lekko poruszyły się, co wzbudziło gniew widoczny na twarzy elfki. Dopiero teraz paladynka zauważyła, że bankierka oddaliła się i stara się nie słuchać rozmowy. Stal przed nią mag, w identycznych szatach co drugi, nieco tylko wyższy i tęższy.
-Mnie zwą Egerir, Pani.
-Witaj zatem. Czy możesz mi powiedzieć, kim jest dowódca Żołnierzy?
-Ja nim jestem, a to moja prawa ręka, Morfirier.
-Zatem dobrze trafiłam, porozmawiajmy o sojuszu, połączeniu sił…


Słowa zaczynają delikatnie blednąć, kobieta marszczy brwi i otwiera oczy. Szybko pisze na pergaminie.

Niektórych rzeczy nie mogę wam tu opisać. Nie pozwolę, by to dostało się w niepowołane ręce. Zapamiętajcie tylko imiona Egerir i Morfirier, gdyż to przy ich boku będę walczyła. To ich czyny będą sławione wśród elfów i ludzi. Dzięki nim przetrwamy… i jeśli zło kiedyś zostanie ostatecznie pokonane, to zapewne ich kule ognia dokonają jego zagłady. Lista chwalebnych bohaterów jest dłuższa, a o ich dokonaniach wiele pieśni można by napisać. Nie jestem jednak bardem o słowiczym głosie, kiedyś w tawernach usłyszycie o ich czynach. Pozwólcie zatem, że przytoczę tylko ich imiona, abyście wiedziały, dzięki komu żyjecie w świecie bez wampirów i zepsucia.
Kapłan Chonn, nieokrzesany krasnolud o ciętym języku.
Łotr Lages, pogromca Vorwa, będący zawsze z Tobą, gdy myślisz, że jesteś samotny.
Arcymag Manwe, przed którym wszystkie Cienie umykają do swego mistrza.
Sion, nie bojący się mnie chronić.
Saduran przemykający miedzy watahami Cieni, które tylko grupą atakują słabszych.
Aramil, najzdolniejszy uczeń Manwe.
Wirae, potężna czarodziejka szukająca zemsty…
Wielu ich jeszcze, wielu zasłużonych, których pomniki zostaną wystawione w świątyni Torma, w centrum Faraldor. Pamiętajcie, że to oni walczyli, to oni przelewali swą krew za wolność. Nikt wtedy nie mógł być obojętny. Neutralność to przyzwolenie, nie zapominajcie o tym. Przyzwolenie, by wampiry wysysały krew, by Cienie zabijały słabszych, by złodzieje kradli, by nikczemnicy torturowali. Nie ma obojętności, jest tylko brak wyobraźni. Dobro i Zło. Macie siłę, więc walczcie.


- Już czas- męski głos przerwał jej rozmyślania.
Kobieta skinęła głowa i z trudem wstała wspierana przez krępego krasnoluda w białej szacie. Zebrał jej wszystkie notatki i udali się w stronę świątyni. Jej dłonie lekko dotknęły szaty. Oparła się o ramie krasnoluda uśmiechając się z rozmarzeniem do przystojnego elfa o białych włosach czekającego na nią u szczytu schodów.
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Postautor: naratoth » 15 kwietnia 2006, 16:57

***
Kaplica ciemna i tajemnicza. Pośrodku złote światło układające się na wzór ust wypowiada słowa modlitwy. Młoda kobieta, w czerwonych szatach i z dość pokaźnym brzuszkiem, podpiera się o ścianę pomieszczenia. Z trudem się schyla i porusza. Stara się uporządkować notatki. Czasem zerka na nią przechodzący obok krasnolud wypytując się, czy wszystko ma, czego potrzebuje. Nieobecnym ruchem głowy skina biorąc do reki pomięty pergamin. Bierze do reki złote pióro i zaczyna przepisywać ledwo już widoczne słowa.

Zatem Łowców coraz więcej, Panie. Moi dawni i nowi przyjaciele chcą walczyć ze złem. Nawet nie sądziłam, że osiągniemy taką jedność. Mamy wsparcie dwóch kapłanów Rymira, Chonna oraz Godfryka. Mój przyjaciel, Sion, także zobowiązał się walczyć z niesprawiedliwością. Oczywiście Arcymag i Chowający się. Mamy wparcie Żołnierzy. Jednak nic nas nie łączy, nie ma jedności dążenia. Wspólnego celu. Są proste Cienie, tchórzliwi Obrońcy wolący ucieczkę i rozmowy oraz upadający Żołnierze. Może to jest myśl…?

***
Kobieta przestaje pisać, zastanawia się i lekko zamyka oczy. Marszczy brwi w skupieniu wypowiadając cicho słowo: ślub. Pióro zrywa się i zaczyna samo kreślić litery.

Do kapliczki Torma wbiega szczęśliwa kobieta w pełnej zbroi, za nią dumnie kroczy postać w białych szatach. Dziewczyna doskakuje do ołtarza pieszczotliwie głaszcząc kamień posagu i pada na kolana. Biały mag waha się, poczym sam klęka. Wojowniczka lekko przysuwa się do towarzysza dodając mu otuchy i całuje pierścień na palcu. Z nieba spada jasny słup światła. Kobieta wstaje i skina głowa.
- Tormie najsprawiedliwszy, oto Manwe. Znasz go zapewne i obserwujesz od dłuższego czasu.
Slup światła drży dość długo, paladynka tylko potakuje. Nagle mag pada na plecy dysząc, zaczyna bić od niego biała poświata. Stara się podnieść, ale niewidoczna moc go powstrzymuje..
-Rozumiem, znam całą jakiego przeszłość. Opowiadał mi o niej.
I znów drżenie światła, zęby Manwe mocniej się zaciskają.
-Ja… Ja nie wiem czy mam prawo zaglądać do jego umysłu, jego przeszłości…
Światło otacza kobietę i mężczyznę. Manwe powoli wstaje, ale zaraz potem nieruchomieje patrząc z bólem na wojowniczkę. Paladynka szerzej otwiera oczy, zasłania dłonią usta, czasem lekko się chwieje. Słońce powoli zachodzi, ostatnie promienie słońca padają na ołtarz. Świerszcze zaczynają grac swa smutna melodie, poczym milkną. Cisza wlewa się w okolice, jedynie ciężkie westchnienia kobiety przedzierają się przez mrok.
Słup światła powoli gaśnie ze zbliżającym się świtem. Można już dostrzec oczy paladynki, w której odbija się echo walki. Arcymag i trzech wrogów, Archymag i dwóch Cieni. On sam, z przyjacielem oraz ich cała chmara. Wypowiadane zaklęcia, moc iskrząca się w powietrzu. Ta potęga, jego nieopisana moc nad żywiołami, ogromne pięści, które są jego podwładnymi. Wolność, o którą walczy. Zawsze liczniejsi wrogowie, których zgładza. Prawdziwy wojownik w imię Dobra. Pierzchną przed nim, uciekają, wołają o pomoc. To im nie pomoże, ze zbyt wielką moc, zadarliście, Cienie. Nie wam go ugryźć, wampiry. Jednak i on czasem polegnie, gdy chytrze zbierze się ich tyle, że nawet oni nie będą się bać walk. Manwe ginie, jednak Rymir jest łaskawy dla niego i pozwala mu wstać. By wałczył dalej, by już nikt nie bał się wychodzić z miast.
Słup światła blednie, posąg zaczyna drżeć.
-Widziałam jego początki, widziałam jego upadek i widzę jego powrót na dobra ścieżkę. Wiesz, że to Ty w nim obudziłeś wiarę i nadzieje. Dobro. Wiesz Panie, że…
Światło oplata się wokół kobiety i mężczyzny, zmusza ich do zbliżenia się do siebie. Promienie wschodzącego słońca padają im na twarz. Dziewczyna ma na twarzy łzy, mag patrzy na nią ze wzruszeniem. Liście dookoła wirują, zakrywając ich postacie ponad głowy i hen hen wysoko wzbijają się do nieba. Słowiki na drzewach, właśnie zbudzone, zaczynają swa pieśń, małe wiewiórki ucieszone nową zabawa, biegają wokół pary radośnie. Jedna nawet wspina się po szacie mężczyzny siadając mu na ramieniu. I patrzy ciekawie na całującą się parę. Słyszy cicho wypowiadane słowa.
-Kocham Cię, moja żono.
-I ja Cię kocham, najdroższy. Niech jednak to pozostanie miedzy nami. Na razie, kochany, tylko na razie.
Światło pojaśniało, drzewa sklepiły swe gałęzie zabraniając niebu spoglądać na zakochanych. Krzak zasłonił tajemne przejście, a ptaki swym śpiewem starały się zagłuszyć rozmowę młodej pary…

***
Jesteśmy zatem połączeni. Żołnierze Dobra i Łowcy Wampirów. Teraz jesteśmy jednością, mamy wspólny cel i wspólnych wrogów. Jesteśmy silni. Walczymy razem, bronimy siebie. To dzień klęski Cieni, dzień początku Dobra. Misja powierzona mi przez Zakon zaczyna dobiegać końca. Cieni i wampirów nie widać już prawie. Zaszyli się gdzieś w jaskiniach i na innych wyspach. Tylko czasem widać ciemna postać, ciało zwierza nadgryzione, zdemolowane sanktuarium, zabitego młodego bohatera. Zatem widać postępy, Tormie, dziękuje za łaskę, za nadzieje, że nie pozwoliłeś mi zwątpić. Została stworzona Rada, w której zasiadam ja, Manwe, Chonn, nasz nieokrzesany krasnolud, Morfrier oraz Egerir, dwóch najstarszych członków oraz czarodziejka Wirae, która za wszelką cenę chce dorównać mocą Manwe.
Arcymag ma nowego ucznia, który, jako jedyny prócz Manwe, potrafi mnie pokonać. Wiele chwil spędziłam z Aramilem. Stał za mymi plecami, a ja ochraniałam go przed ciosami mieczy i maczug. Czy cienie mnie zgładzą? Czas pokaże. Teraz mamy siłę, by bronić Faraldor, by już nie było napaści i morderstw. Żadnych paktów, żadnej litości. Tylko osąd i wyrok. Litość dla wroga to zdrada jej ofiary, kpina dla Dobra. Cieszę się, ze Żołnierze to rozumieją. Ich przysięga wlała się do mojego serca przepełniając je nadzieją i radością. Zatem są odważni, którzy nie boją się poświacie życia dla Dobra i wyższych spraw. Mamy o co walczyć, mamy co kochać.

***
Calador uciekał ode mnie. Wiec i on boi się Torma, w końcu poczuł jego potęgę. Oświadczył, ze mnie zabije. Cóż zatem? Mam się szykować na śmierć? Paladyn nie ucieka, paladyn nie poddaje się. Czeka mnie śmierć, niech i tak będzie. Jednak umrę z honorem i chwałą. Modlitwą Torma na ustach.
Zatem atak, powalenie, sztych mieczem. Ostrze wbiło się w jego ramie, mój miecz zwalczył jego wszelkie zaklęcia ochronne. Tego się nie spodziewałeś, prawda? Jego nikczemna krew spływa po mym mieczu, jego świętość ją spala i żąda więcej. Sztych, cios, wypowiadane zaklęcie. Za mocno trzyma się na nogach, powalić go nie zdołam. Zielona moc zaczyna pulsować wokół niego. Leżę na ziemi, ręce tylko mogę złożyć do modlitwy, nie będę czekała na śmierć. Zaklęcia, które już nic mi nie mogą zrobić. Zaskoczenie na jego twarzy i moja ponura satysfakcja. Pięść Egeria, Calador ledwo żywy. Zadany ostateczny cios… i…
-Zaraz wracam! – wypowiedziane w pospiechu słowa, zaklęcie i odwrót maga.
To śmieszne, o nie złoczyńco, me zwycięstwo jest zbyt blisko. Mikstura, dogonienie, wbicie miecza w serce. Przeklęte tarcze kwasu! Palą ma skórę! Miecz stracił swa moc. Zatem czas użyć prezentu od ukochanego, kryształy zdejmujące ochronę. Już, gdzież one? Przez ułamek sekundy tylko go widziałam. Szybki ruch, zaklęcie. Calador niechroniony. Cios. I znów ucieka, jakie to typowe. Tańczący go dobił. Calador padł. Już nie będziesz obrażał Torma i jego mocy… Dzięki za pomoc, przyjacielu.


Kobieta ciężko wstała i wyglądnęła przez okno tęsknie. Spojrzała na krasnoluda, który rozmawiał z kapłanem. Tyłem wyszła szybko ze świątyni i wybiegła do lasu oddychając świeżym powietrzem.
Ostatnio zmieniony 18 kwietnia 2006, 18:10 przez naratoth, łącznie zmieniany 1 raz
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Postautor: naratoth » 16 kwietnia 2006, 21:17

***
Usiadła pod drzewem na ściółce. Rozkoszowała się wilgocią i naturą, a jej blada cera zaczęła nabierać rumieńców. Gdy już słońce przemierzyło pół nieba zebrała znów swe pióro i przymknęła oczy. Lekko pochylone pismo zaczęło pojawiać się na pergaminie.

Sanktuarium Żołnierzy Dobra zostało zdemolowane. Szczątki tronów leżały pod ścianami, rozbite kielichy i obrazy. Strażnika nie było. Z zemsty? Ze złości zapewne. Zatem Żołnierze coś znaczyć muszą. Gdzieniegdzie ślady kłów na drewnie. Grupa magów i wojowników spogląda na pobojowisko. W ich oczach widać tylko pustkę. Brak słów, brak komentarza. Nie jest to potrzebne. Zatem siadają wśród szczątków patrząc się na siebie. Zamykają oczy. Cisza. Dłuższa cisza, ale jakaś magia w powietrzu. Jakaś moc niewytłumaczalna. Każdy z nich ma grymas na twarzy, czasem podniesie rękę, czasem cos szepnie. Czarny Mag wstaje. Reszta za nim. Lekko kiwają głowami i ruszają. Znów bez słowa. Mocniej tylko zaciskają rękę na mieczu.

Wysoka wieża sięgająca chmur. Tuż przy cmentarzu wyrastają mury budowli. A przed nią postać w czerni. Drzwi otwarte na oścież zapraszają śmiałków. Niegdyś niedostępną i tak chroniona. I jeden strażnik?
-Odejdzie, nie jesteście tu mile widziani- rzekła postać ponuro.
-Zejdź nam z drogi, wchodzimy. Mamy przewagę liczebna, nie widzisz tego?- Arcymag się odezwał z oburzeniem.
-To jeden z tych wdupiwłazów?- krasnolud zaśmiał się szyderczo.
Wszyscy Żołnierze natarli na wieże. Chcieli przejść przez strażnika, oszczędzając go. Ten wnet zniknął nie pozostawiając po sobie śladu. Arcymag rozglądnął się lekko uśmiechając się.
-Zatem tak wygląda środek? Musieli dużo złota uzbierać… -Aramil podziwiał obrazy lekko dotykając płócien.
-No kompletny brak gustu i smaku. Czerwień? Krew? Czerń? Typowe dla Cieniasów- krasnolud zaczął wymieniać niezbyt pochlebne uwagi co do wystroju. Egerir pogrążył się w lekturze woluminu znalezionego w biblioteczce. Kobieta stanęła na środku pomieszczenia rozglądając się uważnie. Po chwili klęknęła na jedno kolano szybko wypowiadając słowa modlitwy. Wstając lekko upomniała krasnoluda, gdy ten zaczął wysmarowywać ściany cieczą z bliżej nieznanego źródła. Ruszyli na górę szukając jakiegoś oporu. Kogoś, na kim mogliby wyładować złość wspomnienia zbezczeszczonego sanktuarium.
-Mówiłem, abyście stąd odeszli, nie jesteście uczniami Mistrza.- Postać w czerni nagle wyłoniła się przed nimi.
-Strażniku, czy ty liczyć potrafisz?- Mag w czerni wysunął się na przód.- Jeśli nie odsuniesz się, to Cię zgładzimy.
-Wynoście się stad albo powiadomię Mistrza!
-Odsuń się, powiadam, nędzny sługusie, albo usuniemy Cię siłą!- Przez żeby wysyczała kobieta. Lekko dotknęła rękojeści miecza obracając na palcu pierścień.
-Ależ jesteście nerwowi…-Tajemniczy mężczyzna ściągnął kaptur ukazując elfią twarz z roześmianymi oczami.
-Lagesie, ty przeklęty łotrze!- Arcymagowi iskierki zatańczyły w źrenicach.
-To nie było śmieszne, tylko elf mógł cos takiego wymyślić…-mruknął krasnolud wchodząc po schodach myśląc, że nikt go nie usłyszy.
Magowie przyzwali piekielne kule, używali zaklęć niszczących. Meble okazały się nad wyraz twarde. Kapłan zerknął tylko, czy paladynka go nie widzi i załatwił swe potrzeby na wielkie łoże w największej komnacie. Łotr zaczął badać płyny w kotle dolewając różnych składników i badając co się stanie. Nikt nie zwracał uwagi na kobietę rozglądającą się po pomieszczeniu. Tylko czarny mag przystanął.
-Za spokojnie, prawda?
-Cos się święci, Manwe. Za spokojnie… Mam dość tego miejsca, nie chce więcej w tej zgniliźnie przebywać. Nawet nie chce wiedzieć, ile nędznych planów miało tu początek…
-Co wy tu robicie?- piskliwy glos zakłócił im rozmowę.
-Cień! Przyszłaś bronić swej wieży?
Kilka zaklęć, prostackich przekleństw z jej strony i śmiesznych gróźb. I ucieczka oczywiście.
-Wielkie Cienie, wielka obrona- prychnął Morfirier.
Już schodzili na dół, już mieli wyjść z wieży. Manwe odwrócił wzrok i zobaczył martwego Morfiriera u szczytu schodów. I czarną postać wydającą skrzeczący śmiech. Ruch ręką, ucieczka do komnat górnych.
-Math przyszedł? -wystarczył szept, to imię każdy usłyszał. Lages zniknął, Chonn rozpoczął modlitwy do Rymira nad Morfirierem, Nici poklepała kapłana po ramieniu i szybko weszła po schodach ochraniając Maga i jego ucznia. Kolejny mag, uczeń samego Mistrza zapewne. Cios, zaklęcia, powalenia. Lages w cieniu, krasnolud przyzywający moce. Zaklęcie Aramila- Calador padł, dotniecie kapłana, sztych mieczem paladynki- sam mistrz z ohydnym wrzaskiem upadł na kolana wciąż mając w oczach nienawiść. Koniec walki, ataku. Brak słów, wyjście. Tylko paladynka na chwilę przystanęła przy ciele mistrza i odmówiła cicha modlitwę kreśląc święte symbole na jego szacie. Spojrzała na Arcymaga.
-Czy to już koniec?- Spytała.- Czy mogę powiedzieć, że ma misja zakończona?
-Nie sadze, oni wrócą. Ale ty także. Pamiętaj, ze niektórzy maja tylko nas. Tylko nas.
Nici lekko przysunęła się do elfa.
-Musimy porozmawiać…- dotknęła lekko brzucha. -Przed chwilą mi Torm oznajmił…
Wyszli z wieży. Bez dumy, bez chwały. Bo i po cóż zabijać, jak powrócą. Może tylko się zmienią, nie będą się czuć bezkarnie. Dziś zwycięstwo, jutro klęska. Czy ma to jakieś sens? To pytanie miliony razy zostawało Nici zadawane. Ma. Bo kiedyś będą same zwycięstwa. Kiedyś zwyciężymy. I nie będzie napaści na Faraldor, Aldur, Vegnar. Nie będzie bólu i zniszczenia. A nasze dzieci będą mogły bawić się z sarnami w lesie nie obawiając się tchórzliwego zabójcy pragnącego zabić istotę słabszą i kochaną, bo zabić znienawidzonej nie potrafią.

Kobieta otworzyła oczy i spojrzała niewinnie na pochylającego się nad nią kapłana.
-Uciekłaś!
-Tylko trochę ruchu, Godfryku, to nikomu nie zaszkodziło, jeszcze parę tygodni będę musiała leżeć w świątyni..
-Nici, gdyby nie to…
W krzakach nieopodal zabłysło ostrze noża. Ruch znikomy. I znów, tylko bliżej kobiety…

***
W niewielkim pomieszczeniu, nad biurkiem, pochyla się elf o idealnych rysach twarzy. Niepewnie obraca pióro w dłoni kreśląc w powietrzu znaki. Co chwile spogląda na leżącą kobietę przytulającą dwa zawiniątka. W końcu zamyka powoli oczy i stawia równe litery na kartce ostrożnie ważąc każde słowo.

Wasza matka śpi teraz po całym dniu porodu. Już jesteście na świecie, nasza radość nie zna granic. Ile światła wnieśliście w Faraldor. Niestety, musze wam to opowiedzieć, nie wiem, czy sami dopatrzymy się sprawiedliwości. Wasza matka przed porodem została zraniona. Przyszliście na świat szybciej niż planował to Godfryk. Dlatego były pewne komplikacje. Umarł wasz brat. Najpotężniejsze moce nie mogły nam go wrócić, gdyż nigdy nie został narodzony. Ani Torm ani Uronia ani Rymir nie chcieli oddać nam jego życia. Tyle krwi, tyle złości i bezsilności. Dzieci moje, zapewne poczujecie tyle złości dopiero, jak zagrożona będzie wasza miłość. I ja wtedy nie mogłem mu pomoc. Potężny mag, z całą swą mocą! Nic nie zdziałałem…
Wasza ukochana matka także miała umrzeć. Uronia pragnęła ofiary, gdyż wy zdrowe się narodziłyście. Ten ból i cierpienia Nici, nasze łzy. Ona umierała. Klęczałem przy niej, rzucałem wszystkie możliwe zaklęcia. Gdy w końcu zacząłem tylko szeptać jej imię, ona słabo poprosiła, by was zobaczyć. Czy wy jej daliście sił? Zapewne. Bo życie za nią oddał kapłan Uronii, Aerninn, stąd Twe imię synu. Proszę was, abyście nie spoczęli w poszukiwaniach assasyna bądź tego, co go nasłał. Wasz brat nigdy nie dostał szansy, by żyć. A kapłan poświęcił życie dla waszej matki.
Nie zostaniecie także prześladowane o nieczysta krew. Już ja o to zadbam.


***
Trochę niżej widać pismo kobiety.

Lages jest waszym wujkiem oraz ojcem chrzestnym, będzie was uczył jak się bawić w chowanego. Chonn was wychowa na prawdziwych krasnoludów. Mara jest matką chrzestną, to ona się wami będzie opiekowała w trudnych chwilach. Godfryk pomoże nam w wychowaniu was, urwiski. Wspaniale się wami zajmuje. Pamiętajcie, że każdy Żołnierz jest waszym wujkiem lub ciocią. Jesteście naszymi dziećmi, moje skarby.

Kobieta lekko ucałowała synka, skinęła głową do Godfryka szepczącego do Aramilli słowa modlitwy i dopięła zbroję. Mocniej uchwyciła miecz i wybiegła z pokoju uśmiechając się.
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Postautor: naratoth » 24 kwietnia 2006, 19:30

***
Nici lekko pochyla się nad dwójką swych dzieci. Dookoła biel i spokój. Chłopiec i dziewczynka właśnie usnęły na kolanach anioła. Kobieta pocałowała w czoło maluchy, wyciągnęła pergamin i długo się w niego wpatrywała. Spojrzała na Manwe. Ten objął ją lekko i razem usiedli na jednym ze śnieżnych pagórków i zaczęli spisywać swoja historię.

Manwe wbiegł do domu dysząc. Spojrzał na swa żonę bawiącą się z dziećmi.
- Chcą je porwać!- desperacko podszedł do lustra.
Nici lekko zdezorientowana wstała, poczym usiadła. Porwać dzieci… Czy nienawiść do nas przeniosła się na te niewinne istotki? Ręce jej zadrżały. Czarodziej odsunął stół i kilka krzeseł odsłaniając olbrzymie, sięgające po samo sklepienie, lustro.
-Co zamierzasz?
-Przeniesiemy je, kochanie. Gdzieś miałem ten pył. Będą żyły na innym planie i…
-Innym planie?- Nici krzyknęła na maga.- Nie znam się na magii, Manwe, ale wiem z jakimi niebezpieczeństwami wiąże się inny plan! Najbezpieczniejsze będę u Torma. Szukaj tych składników, tam zostaną przeniesione… Tylko na czas wojny…- Spojrzała na dzieci. Kiedy będzie mogła być matką?
Manwe podszedł do biurka. Z szuflady wyciągnął kilka małych woreczków. Dopiero zawartość trzeciego usatysfakcjonowała elfa. Nabrał garść srebrzystego pyłu i rzucił go w lustro, które zaczęło żyć własnym życiem, falując i mieniąc się różnymi kolorami. Do mieszkania dobiegł hałas wybuchów, krzyki walczących i wybijające się ponad gwar rozkazy Belorfina. Nagłe uderzenie wstrząsnęło posiadłością. Mag odwrócił się od otwieranego portalu, wyciągnął w bok rękę w której zmaterializował się kostur i ruszył w stronę wejścia. Purpurowy klejnot znajdujący się na szczycie różdżki przyłożył do drzwi. Przez ulotna chwilę na jego twarzy malował się wysiłek, jakby się zmagał z kimś lub czymś stojącym po drugiej stronie. Drewno lekko błysnęło a moc wypełniła wszystkie szpary między drzwiami a framugą.
-Teraz nikt się przez nie nie przedrze – Manwe powrócił do modlącej się żony. Wsparł się na lasce, przymknął oczy i wyciągnął wolną dłoń w stronę zwierciadła.
-Sam nie potrafię otworzyć przejścia tak blisko boga. Musi nam pozwolić. Tobie pozwolić.
-Dlaczego mam przyjąć twe dzieci, paladynko?- Potężny głos rozległ się w komnacie po chwili. - W czym one bardziej zasłużyły na łaskę mą niż inne bezbronne młode istoty?
To pytanie, to słuszne pytanie… Myśli kłębiły się w jej głowie. Bo i w czym? A więc znów dowieść swej miłości mam, Tormie. Przecież wiesz, ze to zrobię. Zrobię! Tylko się zaopiekuj maleństwami.
I biel…


Manwe wstał. Wypowiedział parę słów i pergaminy rozdzieliły się na dwie części. Poczym zajaśniały i zmieniły się w dwa małe medaliony. Delikatnie założył je na szyjki dzieci. Skinął niebianinowi. Nici szepnęła im do ucha:
-Wrócimy tu. Obiecuję, wrócimy po was.
Dziewczynka lekko poruszyła ręką, a z jej paluszków posypał się złoty pyłek.
Awatar użytkownika
naratoth
 
Posty: 45
Rejestracja: 06 lutego 2006, 17:00
Lokalizacja: wrocław

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie III Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron