Niziołcze Serce

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Niziołcze Serce

Postautor: Zasysacz » 01 grudnia 2005, 20:51

[Opowieść powstaje , ponieważ uznałem , że lubię pisać a teraz mam okazje by napisac jakze smutna i wzruszajaca historie o niespełnionych nadziejach , zawiedzionych ambicjach i biednym , małym niziołczym serduszku , które już tyle rozczarowań ma za sobą (wzruszyłem was ? :P ) A teraz część pierwsza. (Mile widziane komentarze ;))]

HISTORIA ŻYCIA FREDOCA "CIENIA"

Była to ciemna i deszczowa noc. Zapowiadało się na porządną burzę. Z przejścia łączącego doki Brushwood z Zachmurzoną Doliną wyłoniła się czarna , niczym wszechogarniająca ją noc ,postać. Była to postać niziołka , lekko przygarbiona , jednak nie to ją wyróżniało - na plecach nosił cos co po przypominalo skrzydla pokryte łuskami.
Twarz niziołka przysłonięta kapturem , wyrażała głęboki smutek i bezradność graniczącą z rozpaczą. Niziołek wlókł się po lesie jak nieprzytomny , wydawało się , iż idzie przed siebie bez żadnego konkretnego celu.
Burza rozpętała się na dobre , jednak niziołek uparcie szedł dalej. Jednak los nie pozostał obojętny na krzywdę niziołka. Zdarzyło się bowiem , że prawie równoczesnie z pojawieniem się w dolinie skrzydlatego niziołka , swoją chatkę opuściła również mieszkająca w okolicy druidka-niziołek , strażniczka tutejszego lasu. Właśnie teraz zbliżała się razem ze swym wiernym towarzyszem - wilkiem Burkiem - do skrzydlatego niziołka.
Druidka szybko zorientowała się , że po lesie ktoś chodzi. Zdziwiło ją , że intruzowi nie przeszkadzała ulewa. "Może to gobliny próbują zaskoczyć Brushwood ?" - pomyślała i by się przekonać o tym , zastąpiła drogę skrzydlatemu.

-Stój nieznajomy ! Kim jesteś ? - zawołała na niziołka , który nawet nie odpowiedział , tylko stanął w miejscu jak sparaliżowany. Zdziwiona niziołka postanowiła spróbować jeszcze raz przemówić do intruza jednak kiedy spostrzegła , że niespodziewany gość posiada skrzydła , od razu się uspokoiła i znów zawołała na niziołka , tym razem przyjazniej.
-Fredoc ? A cóż ty tu robisz w taką pogodę ! Pewno przyszedłeś nas odwiedzić ? Chodź ze mną do mojej chatki , odpoczniesz sobie ! Leje jak z cebra ...

Niziołka spojrzałą zdziwiona na Fredoca , który znów nie odpowiedział. "Jest zmęczony" - pomyślała i pociągnęła skrzydlatego za sobą , do swej chatki. Jej wilczy towarzysz podążył za nimi.

[Ciąg dalszy nastąpi ...]
Ostatnio zmieniony 26 stycznia 2006, 21:39 przez Zasysacz, łącznie zmieniany 1 raz
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 02 grudnia 2005, 08:12

Merum - bo tak zwała się wspomniana wcześniej druidka - gościła już Fredoca od kilku dni. Początkowo o nic nie pytała , pozwoliła mu się wyspać , dała mu czyste odzienie i nakarmiła. Jednak mimo to , niziołek wciąż siedział w wybranym dla niego pokoju i nie zapowiadało się na to , by miał się stamtąd kiedykolwiek ruszyć.
Druidka od wielu lat przyjaźniła się z Fredociem dlatego bardzo szybko zorientowała się , że coś jest z nim nie wporządku. Jednak myśląc , że to chwilowe , nie próbowała mu pomóc. Gdy minął tydzień , a Fredoc wciąż nie ruszał się z pokoju , Merum postanowiła , że należy udać się czym prędzej do Brushwood , zawiadomić wszystkich przyjaciół o tym co ją spotkało i wypytać o sprawę."Być może Boidoc będzie coś wiedział , on zawsze o wszystkim wie ..." - rozmyślała niziołka.
Na drugi dzień , druidka od razu powędrowała do Brushwood. Nie lubiła żadnych większych skupisk - wioski czy małe miasteczka , a już szczególnie ogromne miasta jak Faraldor budziły w niej niepokój. A jednak odważyła się i weszła do wioski. Zamieszkiwała okolice Brushwood głównie ze względu na swoich przyjaciół z "gildii" , którzy tutaj właśnie mieli swoje domostwa. Właśnie teraz pragnęła ich jak najszybciej odnaleźć. Zbliżało się południe , dlatego najlepszym miejscem do rozpoczęcia poszukiwań była siedziba gildii , w której powinna odnaleźć od razu wszystkich przyjaciół , którzy właśnie teraz powinni się tam bawić.
Brushwood nie nalezało do najwiekszych , tak wiec niziołka szybko odnalazla wejscie do siedziby gildii - ktorego naiwny twórca zawsze myślał , że jest dobrze ukryte. Otworzyła drzwi kluczem , który dostała kiedy wstępowała do gildii. Uchyliła drzwi i weszła do środka starannie je za sobą zamykając. Rozejrzała się po wnętrzu i nie widząc nigdzie Boidoca - ktorego w gruncie rzeczy szukała - zbliżyła się do stołu , stojącego na prawo od wejścia.
Głowy zebranych zaraz zwróciły się ku niej. Wszyscy wesoło zawołali:

- Cześć Merum !
- Witajcie przyjaciele. - odpowiedziała im zafrasowana a ton jej głosu zdziwił jedną z zebranych - Tię , paladynke Torma i równoczesnie bardzo dobra przyjaciolke Merum.

Dlatego kiedy Merum przysiadła się do pozostałych , Tia postanowiła dowiedzieć się co mogło zmartwić jej przyjaciółkę. Przysunela sie do niej i przy wesolych okrzykach innych niziolków , rozpoczęły przyciszona rozmowe.
Druidka opowiedziala jej wszystko bardzo dokladnie - od przybycia Fredoca do lasu aż do dzisiejszego dnia. Tia wysłuchała jej cierpliwie i również się zasmuciła , ponieważ traktowała Fredoca jak wszyscy z gildii , jak brata.

- W każdym razie nie można go tak zostawić , musimy go odwiedzić i spróbować pocieszyć. Co mogło go tak zasmucić ? - zapytała po chwili namysłu.
- Niestety niczego nie chciał mi powiedzieć , nie mam żadnego pomysłu. Mam nadzieje , ze bedziemy potrafili cos z niego wyciagnac.
- Musimy powiedziec to reszcie. - ucieła Tia i wstala z krzesla.

- Przyjaciele - rozmowy umilkly , wszyscy spojrzeli ciekawie na Tię - cieszyła się wśród nich szacunkiem , poniewaz wydawala sie najbardziej doswiadczona i dojrzała z nich wszystkich a mimo to traktowala wszystkich na rowni i nigdy sie nie wywyzszala , wrecz przeciwnie , zawsze sluzyla rada.
- Nasz przyjaciel Fredoc ... coś jest z nim nie tak. Dziwnie się zachowuje. Jest jakiś przybity i nieobecny. Musimy go odwiedzic i sprobowac pocieszyc.
- Powiedz nam wiecej Tia , co się stało Fredocowi ? - krzyknął któryś z zebranych. Tia opowiedziala dokladnie to co uslyszala od Merum.

Kiedy Tia skonczyla opowiadac , wszyscy zgodnie uznali , ze nalezy czym predzej isc do chatki Merum i odwiedzic przyjaciela. Należało tylko poczekać na panią Whister nazywaną poprostu Babcią i jej syna , zwanego Wujciem. Ktoś zaproponował również , by upiec ciasteczka dlatego wymarsz został opóźniony.

[Ciąg dalszy nastąpi ...]
Ostatnio zmieniony 02 grudnia 2005, 15:29 przez Zasysacz, łącznie zmieniany 5 razy
Zasysacz
 

Postautor: Corvin » 02 grudnia 2005, 08:25

Co to za Merum :?: :) Huh :?:
Awatar użytkownika
Corvin
 
Posty: 453
Rejestracja: 05 maja 2005, 08:30
Lokalizacja: Opole

Postautor: Zasysacz » 03 grudnia 2005, 12:30

Jak postanowiono tak i wkrótce zrobiono i nad ranem Brushwood opuściła grupa niziołków - nie licząc Wujcia Whistera , bo się rozchorował.
Należy jednak zajrzeć do Dziupli , ponieważ tam już od rana Boidoc przygotowywał się do odwiedzenia siedziby gildii. Spakował już zapasowe ubrania , Romana , kwiatki i wino. W pośpiechu żegnał się z Grto i swoją łasicą. Kiedy wszystko już załatwił opuścił Dziuplę i ruszył do Brushwood , gdzie dotarł krótko przed wieczorem.
Od razu skierował swe kroki do siedziby gildii jednak tam zastał tylko chorego Wujcia , który jednak powiedział mu co zaszło i gdzie powinien szukać przyjaciół. Wdzięczny Boidoc zostawił mu butelke najlepszego wina jakie miał przy sobie i ruszył do domku Merum.
Była już ciemna noc kiedy nareszcie przygramolił się pod drzwi wyżej wspomnianej chatki. Zapukał , jednak nikt nie kwapił się by otworzyć mu drzwi , więc wszedł sam. Szybko rozejrzał się po wnętrzu i wybadał , że zebrali się praktycznie wszyscy jego przyjaciele. Kiedy się przywitał , podeszła do niego Tia.

- Co miała znaczyć ta wiadomośc przyniesiona przez Romana ? Mów nam zaraz , bo to może być ważne. - rzekła na co Boidoc odpowiedział krótko :
- Jasne , już mówię - i zaczal opowiadac wszystko co slyszal.

"Rozumiecie , on przyszedł się pożegnać i w ogóle ... gadał długo i ladnie a ona sie tylko na niego zdenerwowala i wcale sie nie przejela. Potem jak odchodzil to spojrzala tylko na niego tak jakos ... ze smutkiem. Tyle , że ten smutek jej szybko minął. Cieszyła się , że jest wolna i takie tam - co osobiście mnie zdziwiło i zasmuciło - mówię wam , że ona odczuła ulge i cieszyla sie z tego rozstania. Poprostu nigdy nic do niego nie czuła. Biedny Fred ..."

Boidoc przerwał kiedy poczuł czyjas dlon na swoim karku. To Merum nakazywała mu by zamilknał. Wszyscy odwrócili sie w strone drzwi do pokoju Fredoca. Stały otwarte a w nich nikt inny jak sam skrzydlaty. Niziołkowi zrobiło się głupio , zorientował się , że jego przyjaciel usłyszał wszystko to , czego usłyszeć nie powinien dla własnego dobra.
Mimo to , Fredoc nie wygladal na zmartwionego. Rozejrzał się po zebranych którzy probowali wyjąkać coś - ale jakoś im nie wychodziło.
Wreszcie ruszył w stronę drzwi - tłum rozstąpił się przed nim. Szybko zniknął za drzwiami. Jedna z pozostałych na miejscu niziołek - młodziutka , ruda o dziecięcym wręcz wyrazie twarzy chciała pobiec za nim jednak zatrzymała ją Merum.

- Póść mnie głupia , muszę biec za moim Fredziem ! - próbowała wyrwać się z uścisku.
- On zawsze traktował cię jak siostrę , tylko siostrę. Nie ciebie kocha i nie za tobą rozpacza.
- Mo...może masz rację Merum ... przepraszam. *- odparła Lauri i schowała się gdzieś w rogu pokoju.

Tymczasem kiedy wszyscy ochłoneli , za Fredociem wyskoczył jego wierny przyjaciel - Fremo. Naciągnął szybko kaptur na twarz i pospieszył za przyjacielem , dopędził go na skraju lasu , przy przejściu do doków. Zdyszany odsapnął chwile po czym zagadnal przyjaciela.

- I co teraz głupi zrobisz ? Sprawiłeś przykrość swoim przyjaciołom i rozpaczasz , chociaż sam ją rzuciłeś , tia !?
- Nie chodzi o to , że ją rzuciłem ... to byłbym w stanie przeżyć ... chodzi o kłamstwa ... ona nigdy mnie nie chciała ...
- Przepraszam cię kolego ale pieprzysz jak Boidoc. Powiedz mi lepiej co zamierzasz teraz zrobić ?
- Odejdę ... na pustynię ... gdziekolwiek , byle daleko od niej ... od tego wszystkiego.
- Ja cię nie zostawie ! Idę z tobą przyjacielu , w pojedynke narobiłbyś sobie kłopotów !

Fredoc nawet nie próbował się sprzeciwić , bylo mu to obojętne. Dlatego zaraz po krótkim odpoczynku , razem z Fremem ruszyli do doków. Tutaj omówili dokładnie plan podróży - mieli czym prędzej odpłynąć do Dedry i tam na pustynię. Kiedy wydawało im się , że już wszystko zostało obgadane i już mieli wejśc na pokład statku , nagle obok nich zmaterializowała się postać w czarnej szacie z kapturem.
Postać rozejrzała się w sytuacji i zwróciła do Fredoca bez zbędnych grzeczności.

- Fredocu , masz pozwolenie na podróż ... jednak musisz nam pomóc w pewnym rytuale ... posiadasz rytualny sztylet ciemności , wykorzystasz go. Oczekuje cię w świątyni na Leones.

Po czym zniknęła rownie szybko jak sie wczesniej pojawila.
Fremo spogladal na przyjaciela niczego nie pojmując , jednak Fredoc zdawał się wiedzieć o czym mówiła czarna postać. Szybko podjął decyzję.

- Fremo , ty ruszaj do Dedry i czekaj tam na mnie , dołączę do ciebie wkrótce. Musze coś załatwić ...
- Niech będzie ale wiedz , że mi się to wcale a wcale nie podoba - rzekł Fremo po czym zaczął rozmawiać się z kapitanem statku.

Fredoc gdzieś zniknął ...

* Stereotypowe "zostań , nie ciebie to dotyczy".

[Ciąg dalszy standardowo nastąpi wkrótce ...]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 13 grudnia 2005, 17:46

[Do przeróbki] Nie czuł się najlepiej - domyślał się , że dopadła go gorączka - , wieczorny deszcz i brak snu dawały się mu we znaki , a jednak stał w tej ponurej świątyni Vardolosa i czekał aż Neristin da mu umówiony znak. Stojąc tak bezczynnie przyglądał się mimo woli nagiej elfce , umieszczonej w magicznym kręgu - stworzonym po środku kamiennego podwyższenia.
Elfka była młoda i ładna , jednak widać było , że jej umysł został dość okrutnie potraktowany i nie rozumie co ją czeka. A należy wspomnieć , że elfka została wyznaczona na matkę dla dziecka Mrocznego dzięki któremu miał się odrodzić w tej sferze - dla "wybranki" oznaczało to los gorszy od śmierci.
Fredoc czując , że słabnie coraz bardziej rozejrzał się niecierpliwie po rytualnej komnacie. Przed leżącą elfką oddawali swe pokłony odziani w kaptury fanatycy. Na schodach prowadzących na podwyższenie stał Neristin i jego towarzyszka - drowia kapłanka , także odziana w ciemną zbroję i kaptur. Atmosfera była bardzo podniosła - dla cieni była to ważna chwila.
Neristin wspiął się po schodach po czym przemówił do zebranych:

- Bracia ! Nasz wspaniały Mistrz dał znak do rozpoczęcia rytuału ! Cza... - i urwał , gdyż do komnaty wkroczyła grupka nieznajomych - jedno jest pewne , nie należeli do cieni.

Fredoc wypatrzył wśród nich jedną niziołkę , elfa i człeka , który zdawał się przewodzić grupie. Przywódca tej dziwnej drużyny zbliżył się do Neristina i wyjaśnił mu jak się tutaj dostali.
Wszystko wyglądało wporządku , podali się za ważnych gości dlatego Neristin nie oponował i pozwolił im pozostać. Przybyli zajeli w miare mozliwosci wygodne pozycje i skupili sie na "wybrance". Wszyscy prócz ich przywódcy.
Ten - który zdawał się być magiem - zbliżył się do drowiej towarzyszki Neristina i rozpoczal z nia przyciszona rozmowe. Mimo iż Neristin próbował powstrzymać owego człeka , ten zdołał do czegoś przekonać kaplanke , ktora rzuciła na ziemie trzymany bicz i krzyknęła:

- Ja nie wezmę w tym udziału ! Sam to dokończ Neristinie !
- Zawiodłaś mnie ... drowia suka - nekromanta poraził jakims zakleciem drowke , która padła na ziemie bez zycia. - Xonicie , nawet nie próbuj na mnie swych sztuczek , jestem na nie uodporniony. - przecedził jeszcze przez zęby mag po czym podał bicz przybyłej w międzyczasie innej drowce.

Fredoc zauważył , że razem z drowką pojawiła się jeszcze jedna niska istota - budową ciała przypominała gnomke.
Tymczasem Neristin dał znak rozpoczynajacy rytuał. Trzymająca bicz , zbliżyła się do elfki , zrównała się z Fredoc'iem.

- Maalo , obatoż naszą wybranke. - rozkazał Neristin na co drowka zbliżyła się do elfki i już miała zadać cios gdy przybyły wcześniej człek-mag powalił ją jakimś zaklęciem.

Zanim się spostrzegła , w strone modlacych sie fanatykow polecialy kule ognia. Rozpoczelo sie pieklo , niektorzy walczyli , niektorzy ratowali się ucieczka. Pewne bylo juz , ze awanturnicy zwycieza dzieki zaskoczeniu. Neristin równiez zaczal miotac zakleciami , jednak kiedy zniszczono magiczny krąg szybko przeteleportowal gdzies wybranke Mrocznego i sam zniknal.
W komnacie pozostalo mnóstwo ciał poleglych wyznawców Mrocznego. Awanturnicy szybko szykowali się do ucieczki.
Natomiast Fredoc również musiał znaleźć wyjście. Udało mu się uniknać walki jednak gorączka i wampiry - które zapewne nie beda teraz skore do wspolpracy - utrudnialy ucieczke.
Mimo tych przeciwności , wrodzona zdolność ukrywania się pomogła mu dotrzeć do wyjścia bez starcia z wampirami.
Fredoc nie mógł ochłonąć po tym co się wydarzyło - wiedział , że jego Bractwo poniosło klęskę jednak nie obchodzilo go to. On juz postanowil zaszyc się na pustyni. Dlatego od razu ruszył do Dedry , gdzie czekał na niego Fremo.[Do przeróbki]

[Może was to zdziwi ale ciąg dalszy nastąpi ...]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 30 grudnia 2005, 13:22

Wędrowali przez pustynię już kilka dni *. Tylko oni dwaj : Fremo i Fredoc - najlepsi przyjaciele. Jednak podczas tej wędrówki coś się między nimi popsuło i zdawał sobie z tego sprawę Fremo. Jego towarzysz był wciąż nieobecny , zdawał się nie dostrzegać niczego i nikogo.
Jednak tak nie było. Fredoc doskonale wiedział , co się wokół niego działo. Mimo swego stanu , nie utracił dawnej czujności. Zresztą, gorączka , która nawiedziła go na Leones , zdawała się samoczynnie ustępować. A skrzydlaty niziołek wciąż rozmyślał i wspominał, wspominał i znów rozmyślał.
Odtwarzał w pamięci tego , który zawsze był mu ojcem , bratem i najlepszym przyjacielem. Wspominał tego , który pomagał mu podczas niefortunnego spotkania z tymi trzema - jakże ponętnymi - kobietami na Skrzyżowaniu Daclora. Wspominał przyjaciół z Brushwood , szalonego znachora , który przeprowadził operacje ratujaca mu zycie. A także tą niziołke ... tą , która pozwoliła mu mieć nadzieje , ze odnalazl prawdziwa miłość a potem oszukiwała go na każdym kroku ...
Mimo usilnych starań , nie mógł pozbyć się z głowy jej obrazu. Czuł jej zapach ... widział jej -idealną dla niego - twarz. Chwilami zdawało mu się, że stoi przed nim i wyciąga swoje stęsknione ramiona w jego stronę. Ale to tylko zwidy ... ona go nie chciała.
Często też za tstanawiał się ... czy gdyby zmienił coś w sobie , ona by go naprawde pokochala. Moze byl zbyt niesmialy ? W koncu tylko raz odwazyl sie ja przytulic ... wszystkie inne pocalunki wygladaly jak niewinne zblizenia malych dzieci dopiero poznajacych uczucie milosci.
Wreszcie odwazyl sie zapytać Frema co on o tym sądzi - przecież Fremo miał wiele kobiet. Pewnego dnia , gdy zmęczeni wędrówką , przystaneli przy niewielkim źródełku otoczonym palmami , Fredoc zapytał swego towarzysza :

- Fremo ... ty ... tego. Miałeś wiele dziewczyn , co nie ? - Frema zaskoczyła nagła zmiana w zachowaniu Fredoca , jednak ucieszyło go to , więc ochoczo odpowiedział.
- Pewno Fredziu ! Trudno je wszystkie zliczyć.
- No a czy taka dziewczyna ... to czy ona od ciebie oczekuje no ... wiesz. Że będziesz ją przytulał i w ogóle całował ?
- Słuchaj stary, to jest tak. Jak masz kobiete i sobie nie dotkniesz to tak , jakbys ukradł złoto i tylko na nie patrzył , łapiesz ?

Tak ... Fremo nigdy nie był dobry w tłumaczeniu czegokolwiek drugiej osobie. A już napewno nie potrafił wymyślić dobrego porównania. Dlatego Fredoc , lekko zawiedziony , odwazył sie zapytac po raz kolejny :

- No ale jak to jest z dziewczyna. Czy ona oczekuje od ciebie tego , tak koniecznie ?
- Jak nie jak tak !? - roześmiał się Fremo - Jak zobaczy , że się boisz jej dotknąć to albo się ciebie zrazi albo w ogóle pomyśli żeś cieć jakowy.
- Aha ...

Fredoca to przekonało. Dlaczego ? Zapewne dlatego , iż sam tak uważał. Jednak mimo to , nie potrafił zrozumieć dlaczego pozwoliła mu się do siebie zbliżyc , by oszukiwac i ludzic go , ze jest jej dobrze. Po co to ciągnęła ?
Nie pytał już więcej Frema o cokolwiek , gdyż wszelkie rozmowy z nim zaczynały go drażnić. Stawał się agresywny , wciąż smutny acz agresywny.
I przyszedł dzień , który powinien nigdy nie nadejść. Jednak wędrowcy o tym nie wiedzieli i popełnili ostatni błąd w swym życiu ...
Wędrując od kilku dni - od ostatniej rozmowy - nie napotkali żadnego źródła. Byli spragnieni i głodni - gdyż zapasy jedzenia też już dawno się wyczerpały.
Na szczęście - lub może raczej na nieszczęście - natrafili na dziwną jaskinię położoną gdzieś na środku pustyni. Uznali , że w takiej jaskini odnajdą przyjemny chłód , a kto wie , może nawet i wodę. Dlatego ruszyli w jej stronę ...

I tak rozpoczął się początek końca Fredoca i Frema ... Ale oni o tym nie wiedzieli ...

* Autor uznał , że pustynia to nie dwie lokacje , które można przebyć w dwie minuty a poprostu pustynia ;)

[Ciąg dalszy nastąpi ... dlaczego , dlaczego musiała nadejść nowa era i dlaczego Fredoc musi zginąć ? Tak wiele pytań ! :cry: ]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 30 grudnia 2005, 22:58

Zbliżyli się do jaskini. Jednak mimo to , nie widzieli niczego prócz ciemności. Spojrzeli po sobie niepewnie. Wreszcie odważyli się wejść do jaskini. I stała się rzecz dziwna. W momencie , kiedy przekroczyli próg , wnętrze nagle rozjaśniło się - pojeli , ze rozproszyli wlasnie jakies dziwne zaklęcie.
Fredoc rozejrzał się po jaskini. W prawym rogu zauważyli niewielkie źródełko. Poza tym , cała jaskinia przypominała komnatę godną pałacu. Wszędzie w okół widział bogate regały pełne książek , duży - bogato zdobiony - stół , krzesła. A w lewym rogu stało podwójne łoże z jakiegoś szlachetnego drewna.

- Stary ... to pałac jest nie jaskinia ... - wyjąkał zachwycony Fremo.
- I zapewne ktoś tutaj mieszka ... i tutaj pojawia się problem.
- Co jak co ale ja muszę się napić , potem się pomyśli.

Jak powiedział , tak zrobił , a Fredoc się do niego przyłączył. Woda ze źródełka była chłodnawa i krystalicznie czysta - doskonale gasiła pragnienie.
I zapewne tak by się to skończyło , gdyby nie fakt , że źródełko jak i jaskinia , były zamieszkane. Przez nimfę do tego , która właśnie w momencie , kiedy niziołki piły ze źródełka , postanowiła , że musi bronić swego domu. Ukazała się więc w swej humanoidalnej formie niziołkom.
Fredoc i Fremo pili chciwie jednak trudno im było nie zauważyć dziwnej postaci , która stała ponad nimi. Podniesli wiec niechętnie głowy i spojrzeli na postać - na chwilę oniemieli gdyż nimfa wydawała się piękna i co najważniejsze , przypominała niziołkę - nie licząc jej błękitnawych , lśniących , długich włosów swobodnie opadających na ramiona.
Była bardzo skąpo ubrana dlatego serce Frema przez moment zabiło mocniej , jednak Fredoca zdawala sie nie interesowac.
Nimfa pierwsza przemówiła :

- Dlaczego niszczycie moje źródełko ? I co robicie w moim domu nieznajomi ? - Fredoc odpowiedział niemalże od razu.
- Nie niszczymy twego źródełka , a tylko z niego pijemy. A do twego domu wtargnelismy przypadkiem. Jesli nie masz nic przeciwko , chcielibysmy sie u ciebie posilic i odpoczac przed dalsza droga.
- Tak , tak ... - wyjąkał Fremo.
- Cóż ... widzę , że nie muszę się was obawiać , niech będzie , zapraszam was do stołu - odrzekła nimfa. Przyjaciele posłusznie zasiedli przy stole. Obserwowali nimfę , która sprawnie krzątała się po kuchni. Wkrótce poczuli zapach pieczonego mięsa i innych , nieznanych im potraw.

Wreszcie nimfa postawiła przed nimi talerze , srebrne kielichy , butelke jakiegoś napoju i na samym koncu tace z przeróżnymi pysznościami. Przyjaciele ochoczo zabrali się do jedzenia. Nimfa uznała , że należy się przedstawić.

- Nazywam się Tilea. Mieszkam tutaj od dawna. Przyznam , że jesteście pierwszymi śmiertelnikami jakich spotkałam ... - powiedziała nimfa , po czym ciekawie spojrzała na Fredoca , zdawała się nie zwracać uwagi na Frema , chciwie chłoneła obraz tego skrzydlatego niziołka.
- Ja jesztem Fremo - odpowiedział Fremo z ustami pełnymi jedzenia.
- Fredoc.

Kiedy zaspokoili pierwszy głód , przyszedł czas na dłuższą rozmowę. Fredoc uznał , że tutaj znajdzie spokój jakiego szukał - postanowił , że tutaj pozostaną. Dlatego opowiedział nimfie, o swym nieudanym życiu. Gdy mówił o swej miłości , zauważył , że nimfa bardzo się zasmuciła - uspokoiła ją jednak wiadomośc , że to skonczone - Fredoc był dobrym obserwatorem , a ten fakt , wcale go nie ucieszył. Nie pragnął miłości. Gdy skończył mówić , Fremo uznał , że należy się im odpoczynek. Nimfa pościeliła dla nich wygodne posłania i sama ułożyła się do snu.

Tak minął pierwszy dzień mieszkania u Tilea'i. A także kilka kolejnych ... *

* Wszystkie wydarzenia opisane w tej historii , dzieją się z pewnym wyprzedzeniem.


[Ciąg dalszy nastąpi jutro ...]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 31 grudnia 2005, 12:00

Przyszedł jednak dzień , który miał wszystko zmienić. A może raczej wieczór , który miał wszystko zmienić. Fremo rozleniwiony po całym dniu nie robienia kompletnie niczego , ułożył się już do snu. Fredoc rozmyślał , jak zwykle siedząc przed jaskinią i patrząc w gwiazdy.
Tilea lubiła przesiadywać razem z nim , wiedziała od dawna , że się w nim zakochała*. Również dziś była przy nim - trochę na boku , by go nie zdenerwować. Wreszcie odwrócił się w jej kierunku. Chciała odejść jednak pozwolił jej zostać. Wrócił do rozmyślań ...
Możliwe , że przesiedziałby tak całą noc gdyby nie fakt , że w pewnym momencie , gwiazdy zaczęły dziwnie wirować , przybierać różne kształty. Fredoc poczuł dziwną słabość w całym ciele. Próbował wstać , ale musiał wesprzeć się rękoma , wstał. Ktoś szeptał do niego w niezrozumiałym języku , zakręciło mu się w głowie - oparł się o stojący obok kamien by nie upaść ...
... świat przestał wirować. Jednak łagodny i cichy szept pozostał. Niziołek spostrzegł przed sobą przestraszoną nimfę. Chwilę się jej przyglądał ... W końcu ogarnięty jakimś dziwnym szałem rzucił się na nią , uskoczyła ale on zerwał z niej górną część odzienia. Oczom jego ukazały się nieduże , strome piersi szesnastolatki. Ten widok na chwilę go zdezorientował.
Jakaś część jego umysłu odrzuciła ten obraz z obrzydzeniem. Jednak druga część , silniejsza poczuła pożądanie.
Nimfa leżała na ziemi , wystraszonym wzrokiem śledziła Fredoca. Ten , zrzucił z siebie odzienie i zbliżył się do nimfy. Wiedziała czego oczekuje - nie miała szans na ucieczke.
Wreszcie posiadł ją , zajelo mu chwile nim poczul rozkosz. Potem wchodził w nią jeszcze kilka razy - wciąż z tym samym zwierzęcym pożądaniem malującym się na jego twarzy. Ona , nieprzyzwyczajona do tego tylko cicho pojękiwała niepewna o swój los.
Gdy nie miał już sił , wrócił do siebie - głosy ustały. Świtało. Rozejrzał się przestraszony.

- Co ja zrobiłem ? Jak to możliwe ! Dlaczego , dlaczego mi na to pozwoliłaś kobieto !?
- Cóż ja mogłam ci zrobić ... - szeptała odrzucona Tilea.
- Przeklęta ! Zdradziłem ją ... to już koniec , koniec nadzieji , koniec wszystkiego !
- Przepraszam ... - nimfa cichutko łkała , podczas gdy Fredoc ubierał się pospiesznie.

Gdy skompletował przyodziewek , niemal wyskoczył z jaskini i pobiegł w kierunku pustyni. Tilea spoglądała za nim , pełna żalu i trwogi - nie , on nigdy jej nie pokocha ... teraz wiedziała. Zastanawiała się tylko skąd u niego ta agresja i nagłe pożądanie ... czyżby coś go opętało ? Wolała o tym nie myśleć , bała się. Tymczasem zbudził się także Fremo i zdziwiony brakiem Fredoca zapytał nimfy , gdzie sie podział. Tilea wypłakała mu się na ramieniu , opowiadając o tym co zaszło tej nocy.
Fremo odgrzebał w pamięci moment , kiedy jego skrzydlaty przyjaciel został opętany i walczył ze swym druhem , Kane'em. "To nie pierwszy raz ..." - pomyślał.

* Mimo wszystko Fredoc był raczej typem niezdarnego brzydala. ;)

[Ciąg dalszy nastąpi ...]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 31 grudnia 2005, 23:47

[Dzisiaj tylko takie małe połączenie kilku wydarzeń - napisane dla porządku i jasności ;)]

Była w ciąży. I w końcu urodziła dziecko. Ale on nie chciał go nawet widzieć. Nie nadał mu nawet żadnego imienia dlatego ona potajemnie sama nazwała go "Fredoc" - przy cichym przyzwoleniu Frema.
Kiedy tylko dziecko się urodziło , Fredoc znów ruszył na pustynię. A Tilea i Fremo znów pozostali sami.
Przyjaciel Fredoca już dawno zadecydował , że on zajmie się niechcianym dzieckiem. Żal mu go było. Dlatego chętnie pomagał nimfie przy dziecku. A jego ojcem przestał się przejmować , w ogóle jakoś ostatnio oddalili się od siebie ...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

... A Fredoc powędrował na Suche Wydmy - miał tam już gotowy szałas w którym mieszkał zawsze , kiedy chciał być sam - a zdarzało się to coraz częściej od czasu niechcianego gwałtu na nimfie.
I nie dość było cierpienia bogom. Los znów zranił małe , niziołcze serce. Zdarzyło się bowiem tak , że pewnego słonecznego dnia , do szałasu Fredoca przybyli ... no właśnie. Początkowo wziął ich za zjawy ale byli prawdziwi.
Morkain , Mara , Gabriel i ona ... wszystkich ich dobrze znał. Dlaczego ? Dlaczego nie dadzą mu spokoju , nie po to uciekał na pustynię !
Zbliżali się powoli , zdawało się , że miną go ale on , nie mógł powstrzymać się od komentarza.

- To już koniec widzę tych którzy już dawno mnie opuścili !

Ale oni czegoś chcieli ... rozpoczeli rozmowe , pokazał im przygotowany przez siebie stryczek. A oni - jakby igrając z nim - raz go zatrzymywali , to znów chcieli opuścić bez słowa. Ale najbardziej denerwował go jej widok ... i jej słowa ... "Przeklęta suka" - myślał.
Rozmowa zdawała się do niczego nie prowadzić dlatego ich odpędził ... i poszli.
A on odtwarzał to spotkanie w pamięci , wciąż i wciąż ... żegnał się ze światem.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Chciał się pożegnać - dlatego wrócił do jaskini. Ale Fremo wyperswadował mu z głowy wszelkie myśli o samobójstwie.

- Wychowaj dzieciaka , potem rób co chcesz głupi !

Tilea nic nie mówiła. Zrozumiała już dawno , że nie ma szans by im się ułożyło. Cieszyła się tylko , że chociaż ich dziecko - tak łudząco podobne do Fredoca , mimo iż jeszcze bardzo młode i niedojrzałe - pozostanie z nią i będzie ją kochać. Ale nie tak postanowił los ...

Dziecko chowało się spokojnie przez wiele lat pod okiem Frema i Tilea'i ...

[Ciąg dalszy wkrótce ...]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 23 stycznia 2006, 01:09

[Wracamy po długiej przerwie , część opowieści poświęcona życiu Fredoca Starszego zbliża się ku końcowi. Zapraszam do lektury.]

Kiedy mały Fredoc skończył 9 lat , Fremo postanowił porozmawiać z Tileą o jego "wykształceniu". Nimfa nie chciała słyszeć o wysyłaniu go gdziekolwiek , chciała mieć go przy sobie , chciała by chociaż on ją kochał.
Dlatego wierny Fremo zaoferował swą pomoc , Tilea chętnie przystała na taki układ. Odtąd Fremo uczył Fredoca jak bezszelestnie się poruszać , jak wykorzystywać ułożenie terenu i wszelkich zakamarków by dobrze się zamaskować.
Gdy młodzieniec jeszcze trochę podrósł , niziołek rozpoczął także zaprawiać go w sztuce walki - walki jaką znał Fremo , zdradliwej i uczącej "w które miejsce trafić by naprawdę zabolało". Cieszyły go postępy jakie szybko czynił mały Fredoc , zdawał się chłonąć wiedzę niczym gąbka.
Jednak jego nauczyciel zauważył również , że chłopak nie przypomina swoich typowych rówieśników. Zachowywał się dziwnie. Nigdy się nie uśmiechał , często rozmawiał sam ze sobą gdzieś z dala od rodzinnej jaskini , był mroczny i niedostępny. Pewnego dnia jego mentor przeraził się gdyż dostrzegł w jego oczach ogromną nienawiść - a spojrzenie swe kierował w stronę przechodzącego nieopodal ojca.
Od tego czasu Fremo starał się nie spuszczać oka z młodego Fredoca - obawiał się , że młodzieniec może kiedyś wykorzystać zdobytą wiedzę w złych celach. Owszem , Fremo był złodziejaszkiem , ale nigdy nie popierał zła. Zaś ojciec Fredoca nie zmienił się ani trochę , tyle , że teraz znienawidził go jeszcze bardziej i wcale tego nie ukrywał. Przy każdej okazji starał się okazać chłopcu jak bardzo go nienawidzi.
Martwiło to Frema i Tilea'ę , jednak żadne z nich nie odezwało się choćby słowem - w tych momentach Fredoc robił się bardzo porywczy i oboje obawiali sie go. Zaś obwiniany o wszystko przez własnego ojca młodzieniec zdawał się nie zwracać na to uwagi - jednak Fremo zdązył zauwazyc , ze potęguje w sobie złość i starannie ją skrywa, jego mentor znał go bardzo dobrze.

I zdarzyło się pewnej wiosny , że młody Fredoc - który skończył już 14 lat po odbytej z samym sobą rozmowie , skierował swe kroki do samotni ojca , w której ten właśnie przebywał ...

[Ciąg dalszy nastąpi wkrótce , bo nowa era coraz bliżej :D]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 23 stycznia 2006, 11:00

[Brak sensownego komentarza]

Już z oddali Fredoc dojrzał nadchodzącego syna. Spojrzał na niego ponuro. Gdy ten zbliżył się do niego , zapytał :

- Czego chcesz ode mnie ? Wiesz , że cię tutaj nie chce. - Fredoc Młodszy zamyślił się i dopiero po chwili odpowiedział ze stoickim spokojem.
- Mhm , wiem , że mnie nienawidzisz. Wysłannik mi o tym mówił , zresztą mam oczy i widzę więcej niż inni. A ty nie kryjesz się ze swoją nienawiścią do mnie.
- Ciesze się , że to zrozumiałeś. A teraz daj mi spokój.
- Zaczekaj "ojcze". Chcę cię o coś zapytać. Dlaczego mnie nienawidzisz ?

Fredoc Starszy westchnął , mimo to rozpoczął opowieść. Opowiedział swemu synowi o wszystkim , o całym jego życiu od momentu kiedy poznał swoją jedyną miłość. Cała opowieść zakończył :

- Twoja matka specjalnie mnie sprowokowała. Rzuciła na mnie jakieś zaklęcia. Dzięki niej straciłem szanse na cokolwiek ... moje życie skończyło się w momencie kiedy trafiłem na pustynie ...
- Teraz rozumiem i musze przyznac , ze sie nie pomyliłem. Jesteś głupcem.
- Coś powiedział ?

Siedzący obok swego ojca Fredoc sięgnął do pasa po misternie zdobiony sztylet. Chwycił go , chwile obracał go w dłoniach.
Starszy Fredoc spojrzał zdziwiony na sztylet i na chwile oniemiał - to był jeden ze sztyletów Frema , te ostrza dostał w prezencie od kowala z Brushwood. Przeczuwał co się zaraz stanie. A jednak młodzieniec go zaskoczył , nie ruszył się z miejsca , wciąz bawił się sztyletem. Po chwili napięcia , zapytał pochylając się nad rodzicielem :

- Powiedz mi coś ojcze. Posiadasz smocze skrzydła ... skoro jestem twoim synem , to dlaczego i ja ich nie mam ?
- We mnie płynie krew smoka. Ty najwidoczniej odziedziczyłeś jej zbyt mało by stać się smokiem.
- Mhm ... możliwe ... dlatego już czas zakończyć twój żywot ... ojcze. - młodszy Fredoc zamachnął się tak szybko , że przeciwnik nie zdąrzył nawet zareagować.

Celował w serce i trafił. "Ten głupiec jednak mnie czegoś nauczył" - pomyślał. Zbliżył się do trupa i przyglądał mu się przez chwile. Nie czuł wstrętu , nie czuł strachu czy wyrzutów sumienia.
Wyciągnał sztylet z piersi swego ojca i sięgnął do przyniesionego plecaka. Wyciągnał z niego prosty , drewniany kubek. Przystawił naczynie do obficie broczącej krwią rany. Odczekał chwile az kubek nie napełnił się po brzegi krwią.
Gdy to się stało , Fredoc wypił ową krew. Bez obrzydzenia przełykał kolejne krople. Gdy skończył tylko otarł rękawem usta.

- Teraz i ja będę smokiem , smok jest od tej chwili powiązany tylko i wyłącznie ze mną ! Wkrótce i mi wyrosną skrzydła ! Zobaczysz ojcze ! - i wybuchnął przy tym śmiechem , drwiącym i ponurym.

Gdy nasycił się zwycięstwem postanowił , że już czas wracać do jaskini. Miał jeszcze kilka spraw do zrobienia.

Dotarł tam późną nocą. Fremo czekał przed wejściem , Tilea zapewne już zasnęła ...


[Ciąg dalszy dzisiaj albo jutro :P]
Zasysacz
 

Postautor: Zasysacz » 26 stycznia 2006, 21:38

HISTORIA ŻYCIA FREDOCA MŁODSZEGO

Gdy tylko go ujrzał , rzekł z wyrzutem :

- Fredocu , zabrałeś jeden z moich sztyletów. Po cóż ci broń ?
- Właśnie po to ... - rzekł Fredoc i przebił sztyletem pierś Frema. Truchło osunęło się na ziemie. Młody zabójca spojrzał na swe "dzieło" i po chwili zastanowienia przemówił :
- Mój ojciec miał cię za przyjaciela , to był jego błąd. W życiu nie należy ufać nikomu , nie tylko ciebie miałem za nauczyciela , uczył mnie też ktoś znaczniejszy ... Ja nie popełnie takiego błędu , śmierć jest potężniejsza od życia.

Nie zwlekał zbyt długo. Zaraz po tym skierował się w stronę łoża , w którym spała Tilea. Na jej twarzy zauważył smutek , płakała. Ale nie przejął się tym , otarł tylko swój sztylet o brzeg łoża i zbliżył się do swej matki. Ocknęła się , instynktownie wyczuła czyjąś obecność.

- Synu ... czy to ty ? - szepnęła.

Ale ostrze już spadło na jej pierś , Fredoc dla pewności wykonał jeszcze kilka cięć. Gdy skończył , schował sztylet do pochwy. Przyjrzał się sztywniejącemu ciału rodzicielki.

- Mój ojciec mógł cię uśmiercić i żyć dalej ale on był słabym głupcem , nie zasłużył na zycie. Ja nie popełniłem tego samego błędu , śmierć jest potężniejsza od życia. Żegnaj matko ...

Rozejrzał się po jaskini , szukał plecaka z którym przywędrował tu jego ojciec. Plecak leżał w rogu , pokrywała go pajęczyna i warstwa kurzu. Widać było , że nikt dawno go nie ruszał.
Fredoc strzępnął kurz , odgarnął pajęczyne i chwycił plecak. Zajrzał do środka. Wyciągnał jakiś stary dziennik oprawiony w skórę. Otworzył na pierwszej stronie. Odczytał zapiski :

"Co Kane mi mówił a co pamiętać należy" - przewrócił kartke.

Dziennik zawierał kilka rysunków i różne rady i mądrości. Dla Fredoca była to nowość. Całą noc spędził na studiowaniu dziennika. Ostatecznie zabrał go ze sobą razem ze sztyletem Frema i kilkoma najważniejszymi rzeczami znalezionymi wśród rzeczy jego ojca - krzesiwo , hubka , manierka i torbę na żywność.
Tak przygotowany wyruszył w drogę. Jaskinie opuścił nie spoglądając nawet za siebie. To była przeszłość , dla niego liczyła się tylko przyszłość.
Gdy przewędrował już dobry kawałek , zatrzymał się na odpoczynek. Jednak nie miał zamiaru próżnować. Przystanął tutaj w innym celu.
Sięgnął po swój sztylet , chwycił za ostrze i "wyznaczył" przy jego pomocy krąg na piasku. W kręgu wyznaczył jeszcze odwróconą gwiazdę o pięciu końcach. W samym środku rozpalił ognisko. Sięgnął do pasa po jakąś zachowaną wczesniej kartke , rozwinął ją i odczytał z niej nieznaną formułkę , którą zakończył słowami :

- Przybądź na wezwanie !

Pospiesznie opuścił krąg , po chwili poczuł zapach siarki. Nagle buchnęły płomienie a po środku kręgu pojawił się ogromny , skrzydlaty bies. Przyglądał się chwile niziołkowi.
Wreszcie uśmiechnął się do niego i rzekł :

- Czas na nas synu nienawiści ... dopiero teraz nauczysz się na prawdę cennych rzeczy.
- Nie nazywaj mnie tak - odrzekł chłodno Fredoc po czym przekroczył granice kręgu.
- Przygotuj się ... - przestrzegł na ostatku demon po czym rzucił jakieś zaklęcie.

Znów pojawiły się płomienie a gdy ustąpiły , po Fredocu i demonie nie było śladu ...


[Ach ... ten zapach siarki.]
Zasysacz
 

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie III Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron