Po drugiej stronie tęczy.

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Po drugiej stronie tęczy.

Postautor: Kasiek » 08 września 2011, 15:25

[center]***[/center]

W czasie radosnej biesiady z okazji uwolnienie Frinny z Opoki Chaosu, spontaniczny nastrój chwili udzielił się dwójce bogów. Gdy Puril i Frinna upojeni radością, niepostrzeżenie oddalili się w tańcu od roześmianej gromady biesiadników, pozwolili sobie na kilka chwil zapomnienia i czystej radości własnej bliskości, w kulminacyjnym momencie, ich bliskość powołała do życia nie istotę, lecz esencję uczuć, zaklętą w przedmiot. Zapewne to pierwiastek Pana Smoków nadał bransolecie kształt zwiniętego w pętle smoka, lśniącego wszystkimi kolorami szczęścia i beztroski bogini Frinny.

Ta sama idea związała przedmiot ze wszystkimi istotami poczętymi w tej samej chwili. Będą o klejnocie śnić, nie wiedząc czemu, tęsknić za nim, nie wiedząc czemu, marzyć o nim, nie wiedząc po co. Jedni poddadzą się tej idei bardziej, inni mniej, a pewnie jeszcze inni wcale. Jeśli kiedykolwiek ich życiowa wędrówka doprowadzi do klejnotu, kto wie, co się zdarzy? Wszak przedmiot powstał w sekrecie. Tyle obiecali bez słów bogowie. Nikomu.
W tejże – w ocenie zainteresowanych osób - cudownej chwili, poczęta została między innymi bohaterka tej opowieści.

[center]***[/center]

Od narodzenia młodziutka Feeria uwielbiała wszystko, co z radością i śpiewem było związane. Jej płacz uspokajało najszybciej zagranie skocznej melodii na fletni czy dzwonkach. Dorastając, przejawiała wybitne zamiłowanie do bujania w obłokach i myślenia o niebieskich migdałach, zadzierając głowę do góry i wpatrując się godzinami w niebo, co nie bez podstaw napawało niepokojem drogą matkę, która powtarzała konsekwentnie, że ‘Niebieskimi migdałami nie utrzymasz się przy życiu, moja panno’.
Najistotniejsze dla niej jednak pozostawały sprawy wyższe, jak wczorajsza tęcza, migotanie wody w strumieniu, śpiew ptaków, zapach kwiatów, rozwiane na wietrze kokardy, piękne suknie i zwiewne materie, a także kuglarskie sztuczki wędrownych magików, śpiew bardów, czy snute przy ogniu opowieści. Żyła w świecie poza światem, w żadnym – wymarzonym czy rzeczywistym nie znajdując dla siebie miejsca.
O świecie jej marzeń wiedział najwięcej domowy kocur, który z mądrą miną i przymrużonymi oczami, cierpliwie wysłuchiwał snutych godzinami opowieści o cudownym klejnocie z jej snów, o wspaniałych smokach szybujących w przestworzach, domysłów, co znajduje się na drugim końcu tęczy czy teorii, dlaczego każdy kwiat pachnie inaczej. Wszystkie rewelacje traktował ze stoickim spokojem, podkreślając zrozumienie miarowymi machnięciami ogona.

Świat codzienny, który poddawał wszelkie cudowności dla świata marzeń był nieubłagany, co manifestowało się uporem matki, żeby ‘pusty dzban’ jak zwykła ją metaforycznie nazywać napełnić użyteczną wiedzą. Jedyną nadzieją bezsilnej wobec lekkiego ducha córki kobiety stała się jej daleka kuzynka, parająca się magią.


Tego dnia w domu panowała atmosfera poruszenia, a gwarna krzątanina skutecznie zniechęciła starego kocura do przebywania w swoim ulubionym – chwilowo niestety nie zacisznym – miejscu. Z iście arystokratyczną gracją oddalił się, w sobie tylko znanym kierunku, pozwalając sprawom toczyć się bez udziału jego kociej osobistości.
Gościem okazała się dystyngowana Pani, która ku zgrozie matki, nie zareagowała politowaniem, a z nadzieją mówiła o nowo poznanej młodej osóbce, o tym, że dostrzega charakterystyczny błysk w jej oku. Gdyby tylko zechciała zgłębiać wiedzę. Ach, zawsze musi być jakiś haczyk.
Młodej pannie, tudzież pustemu dzbanowi nie bardzo przypadła do gustu daleka ciotka, spowita aurą spokoju, wyważenia i… czegoś co najbardziej pasowało w jej pojęciu do przyziemnej nudy. Postanowiono. Będzie uczyć się magii. Pierwsza fala buntu szybko ustąpiła miejsca zaciekawieniu i zaraz po nim nadziei na… Na co? Otóż tego nie wiedział nawet sędziwy, czarny kocur. Przygotowanie wyprawki zajęło kilka nudnych dni i już wkrótce stateczna matka żegnała nie rokującą wiele córkę, zmierzającą na swoje pierwsze lekcje magii. Cieszyło ją, że w nowym miejscu zechciała jej towarzyszyć napotykana często niksa, z którą łączyła ją co raz ciaśniejsza nić przyjaźni. Stawały się prawie nierozłączne.


Przeprowadzka. Słowo budziło wielkie nadzieje. Miasto. Największy ośrodek kultury, tętniący życiem, upajający wielością zdarzeń, płynący opowieściami wędrowców, którym wtóruje brzęk pucharów, śmiechy i skoczne melodie. Wielu podróżnych oznacza też wielu kupców, a z nimi ich towary! Przepiękne stroje, biżuteria, pachnidła, egzotyczne ozdoby, cóż to za wspaniałe miejsce! A do tego będzie magiem! Ha!
Pierwsze rozczarowanie przyszło dość szybko. Zamiast przestronnej komnaty z widokiem na zalany słońcem ogród, przydzielono jej skromną izbę w miejscowej tawernie, którą opłacać miała z własnych środków. Tawerna okazała się dość czystym miejscem, ale pozbawionym wygód i niezwykle skromnie, a nawet surowo jak na elfickie standardy wyposażonym.

Poznane w mieście elfy, poza kilkoma wyjątkami, okazały się nieciekawymi towarzyszami: zajęci własnymi sprawami, nieprzychylni i mało skorzy do pogawędek. Podobnie mentorka, osoba zaangażowana we własne, naukowe zagadnienia nie znalazła wiele czasu na zajęcie się swoją podopieczną, zostawiła ją samą sobie, ograniczając się do kurtuazyjnych pytań, czy wszystko w porządku. Jej wstępna edukacja przypadła jednemu z podrzędnych magów, który bezskutecznie próbował wtłoczyć do głowy młodej osóbki podstawowe teorie dweomerów, zasady działania nasycanych magicznie przedmiotów czy koncepcje niestałości magii wobec wielorakiej natury esencji czaru… ależ nudy! Wrażenie potęgowało niechętne nastawienie wykładowcy, traktującego zajęcia dydaktyczne z „protegowaną” jako deprecjonowanie jego możliwości i marnowanie talentu na byle nowicjuszkę, czyli zwyczajną stratę cennego czasu.

W tawernie „Pod Czerwonym Feniksem”, gdzie Feeria zatrzymała się na dłużej, przeważali goście zdrożeni i niechętni ucztowaniu, tańcom i radosnym pieśniom. Stragany okazały się pełne żelastwa, kiepsko wyprawionych skór i szeregu innych, pospolitych przedmiotów. Żadnych cudownych strojów, przykuwającej oko biżuterii, filigranowych cudeniek elfickiej roboty, a jeśli znalazła coś ciekawego dla oka, cena okazywała się być niebotyczna.
Lekcje, które miały wypełniać jej dzień, zaczęły być częściej przydzieleniem jej zwyczajnych obowiązków utrzymania w porządku woluminów i w nieprawdopodobnym tempie kurzących się fiolek z różnorodnymi specyfikami. W wolnych chwilach (ha! dobre sobie!) mogła poświęcać czas na lekturę pism magicznych, których zdawały się przesycone niezwykle silną mocą usypiania czytelnika. Nie przysparzało jej to przychylności miejscowego zgromadzenia magów, które uważało jej obecność za nieporozumienie.
Szybko też zaczęły kurczyć się środki, w jakie wyposażyła ją rodzina. Sakiewka stawała się z każdym posiłkiem co raz lżejsza, co szybko dostrzegł karczmarz, starannie naliczając z góry opłatę za najęcie pokoju. Wkrótce w oczy zaczął zaglądać głód. Próbowała zatrudnić się w tawernie, za wikt i opierunek, ale karczmarz tylko uśmiechał się z pobłażaniem. Szukała też w innych miejscach, w każdej dzielnicy, u rzemieślników i handlarzy, nikt nie miał jej do zlecenia żadnej pracy. Odsyłana z kwitkiem z każdego miejsca, chciała już nająć się do sprzątania, choćby w miejskim więzieniu, kiedy usłyszała o epidemii. Nawet ten plan upadł, zanim zaczęła wprowadzać go w czyn. Kolorowe wyobrażenie o wielkim, tętniącym życiem mieście, pełnym szans, zaczęło blednąć i przybierać ponury odcień. Przybita niepowodzeniami skierowała się jak co dzień do Feniksa, by odsuniąć od siebie myśli o codzienności przy winie i szyciu. Wtedy to do jej uszu dotarła rozmowa o pobliskim plemieniu orków, które dawały się od czasu do czasu we znaki miejscowym notablom psując polowania ich młodym latoroślom lub grabiąc nieostrożnych. Utrapienie dla jednych mogło okazać się ratunkiem dla innych. Droga występku nie wydawała się właściwa, nie, dopóki nie spróbuje w inny sposób zapewnić sobie środków utrzymania.
Pełna wiary we własne siły zdecydowała się na wyprawę. Wierna Belio uparła się, że będzie jej towarzyszyć i tak postanowiły sprawdzić, czy są na siłach zarabiać na siebie w ten przyziemny sposób. Obiecując ofiarować Frinnie stosowne dziękczynienie wybrała się we wskazaną przez patrol podmiejski stronę.
Odnalezienie legowiska nie było trudne. Porzucone kości zwierząt i smród przyprawiający o mdłości były nieomylnymi przewodnikami. Nadspodziewanie szybko dotarła do celu. Krok po kroku i obrzydliwe truchło po truchle, zagłębiała się w czeluście cuchnącej jaskini, która od tej chwili miała stać się jej nadzieją na przeżycie kolejnego dnia bez uczucia głodu i zimna.

Obolała, wyglądająca jak siedem nieszczęść i słaniająca się ze zmęczenia dotarła z powrotem do miasta. Wchodząc do tawerny rzuciła sakiewkę na bar, prosząc o kolejkę dla wszystkich ku chwale radosnej bogini uciech. To nie było wymarzone zajęcie, ani nawet akceptowalne zajęcie. To było zajęcie, które dawało nadzieję na pełny brzuch i dach nad głową. Reszta musiała pozostać w sferze marzeń.
Kolejne tygodnie codziennych obowiązków w szkole magii przeplatały się z budzącymi obrzydzenie wyprawami do obrzydliwej groty.

Jedno tylko nie zmieniło się. Co kilka nocy, wracał do niej ten sam, od wielu lat sen. Drobiazgi w nim różniły się od siebie, jednak zawsze niezmiennym elementem były olbrzymie cienie szybujące nad głową i gra świateł tak urzekających, że nie sposób było się obudzić. Światła układały się przeróżnie, by w końcu zespolić się w oślepiającej jasności, z której wyłaniał się kamień, o szlifie tak precyzyjnym, że nie sposób znaleźć mistrza, który mógłby go kroić, nieskazitelnej barwie, mieniący się hipnotycznie wszelkimi kolorami tęczy.
Sen kończył się zwykle z chwilą, gdy któryś z szybujących nad głową cieni opadał w smoczym wizerunku, chwytając kamień łapą lub pyskiem, czasem otaczając go skrzydłami kurczył się i zwijał, by owinąć się wokół jej przedramienia jak bransoleta. Tak zastygał w bezruchu.

Niezmienność sennej ułudy zdawała się obietnicą, nie wiadomo było tylko jak odległą, ale zawsze dawała nadzieję, że jest coś, czego można poszukiwać. Przecież musiał być sposób, żeby odwrócić monetę losu uśmiechniętą stroną do góry i czerpać z życia pełnymi garściami. Tymczasem ubarwiała sobie ponurą codzienność wysłuchiwaniem opowieści podróżnych o odległych zakątkach, czyhających w nich niebezpieczeństwach i niezwykłych istotach, które można napotkać. Tylko gdzie był ten cudowny, pełen wspaniałości świat, o którym mówili gdy głowa zaczynała im ciążyć od wina?


Pech, prawdziwy pech. Jak inaczej można określić takie spotkanie?
Belio i tym razem nie chciała dać za wygraną w kolejnej, zdającej się nie mieć końca tyradzie na temat lekkomyślności w traktowaniu drogich kamieni, których pod żadnym pozorem nie wolno przecież sprzedawać, a należy je gromadzić, podziwiać, układać, przekładać i polerować…, którą wiedziała, że musi zwyczajnie przeczekać, puszczając mimo uszu, gdy poczuła, że coś ściąga jej wzrok. W czasie jednego uderzenia serca poczuła, że jej nieposłuszna magiczna podświadomość sięga w tą samą stronę, co wzrok. Obraz nagle przekształcił się i z zauważonej drobnej, odzianej w czerń postaci elfie kobiety, zaczęły kolejno wyłaniać się zaklęcia, ukazując błyskawicznie jedno po drugim, swoją naturę. W mgnieniu oka świadomość dotarła do samego jądra, samej esencji tej istoty.

Możliwe, że był to grymas niechęci, możliwe, że coś innego, ale zrozumiała, że jej zainteresowanie nie pozostało niezauważone. Czy to możliwe, że ta kobieta poczuła się zdemaskowana? Późniejsza rozmowa i liścik, jaki odnalazła w swoim tobołku były pierwszą, dużą łyżką dziegciu, których wiele jeszcze miała posmakować. Nie wiadomo, czy spotkanie to okazało się niefortunnym czy wręcz przeciwnie. Na razie wydawało się jednak takim zdarzeniem, których z pewnością można byłoby sobie oszczędzić.


Benny, który zdawał się pojawiać w najmniej oczekiwanych momentach, zwykle kiedy naprawdę potrzebowała wsparcia. Okazał się dobrym kompanem i decyzja o wspólnej wędrówce w głąb wyspy była niemal naturalna. Wyruszali w południe, by dotrzeć do Ferie, odległej o dzień, może pół dnia drogi, ukrytej gdzieś w górach osady. To miała być pierwsza, odległa wyprawa do świata innych ras. Tym razem ona miała być gościem w ich domach, ach, jakież to było ekscytujące! Bez żalu opuściła rodzinne Faraldor, bo oto przed nią rozpościerał się świat czekający tylko, by go odkryć i czerpać wszelkie radości.

Ale radość jakoś nie spieszyła się. Albo śpieszyła, ale w zupełnie inną stronę. Im dalej od rodzinnego miasta, tym las był bardziej przerażający. Ożywały nie te legendy i opowieści, które spodziewała się zobaczyć na jawie. Zacienione ostępy nie wydawały się zachęcająco tajemnicze tylko złowrogie, a korony drzew nie rozbrzmiewały śpiewem ptaków tylko pohukiwaniami… przyjmijmy, że sów. Echo nie niosło szmeru strumienia a groźne pomruki i wycie przyczajonych bestii. Z każdego miejsca wyzierała groza. Jacy bogowie wzięli w opiekę takie miejsce?

Kiedy dotarli do wymarłego lasu za wzgórzami olbrzymów, odkryła, że nawet groźne, ale jednak żywe knieje są łatwiejsze do zniesienia, niż las wymarły. Wiele musiało widzieć to miejsce, by niezłomna gdzieindziej wola życia skapitulowała oddając miejsce pustce. Truchło lasu zrobiło na niej bardzo przygnębiające wrażenie. Jedynie zdrożeniem można wytłumaczyć to, że nie oddaliła się z tego spaczonego miejsca natychmiast, choćby i na oślep, przed siebie. Co dziwniejsze, miejsce to okazało się tętnić życiem. W głębi tego upiornego lasu położona była karczma. Nie należało wytężać wzroku, by dostrzec, że całą swoją bryłą, aurą woła do podróżnych „Precz! Nikt nie jest tu mile widziany!”.

Tego nie spodziewała się w swoich najmroczniejszych wyobrażeniach. Wnętrze odstręczało wszystkim, od zatęchłej atmosfery przez sprzęty po szemraną - lekko to ujmując - klientelę. Ciekawe dla jak wielu niefortunnych podróżnych miejsce to okazało się ostatnim odwiedzonym w życiu? Żal ogarnia na myśl, że to właśnie ta esencja ohydy była ostatnim obrazem dla ich oczu.

Nie lepiej było z przybyszami. Już przed wejściem zgromadziło się parę istot, które bardziej pasowały do towarzystwa trolli, orków, gnoili lub innych im podobnych tworów kapryśnych bogów. Życie lubi jednak przekorę. W tym ścieku ludzkich i nieludzkich osobowości znalazło się kilkoro budzących cień zaufania podróżnych. Nie pasowali do tego miejsca, co nietrudno było zauważyć, więc pewnie powody odwiedzin w tym miejscu musiały były naprawdę ważne. Nikt zdrowy na umyśle nie zapuszcza się do tego typu miejsc dla rozrywki. Gdy jedna burda cichła, zaraz zaczynała się druga, a dźwięk łamanych kości czy tryskająca na powałę krew miały być zaproszeniem do środka. Tak odrażającego miejsca nie widziała jeszcze nigdy. W jednej chwili cała wyprawa wydawała się jedną wielką pomyłką.

Skoro tak ma wyglądać świat poza murami miasta, to nie jest on wart funta orczych kłaków! Ach, jak wielki miała żal do rodziny, która wychowała ją pod kloszem, jakże wielki żal do skrybów, że nie ujęli w swoich księgach wersów… w które i tak by nie uwierzyła.
Widywała oczywiście załogi statków przy pracy, czy żołnierzy, a czasem podróżnych, którzy przesadziwszy z trunkami pokazywali swoje niecodzienne oblicza wszczynając awantury, szybko tłumione przez przytomniejszych towarzyszy. Jednak nagromadzenie szumowin w tym miejscu stanowiło dla niej silną mieszankę wymiotną. Jaskinia Vrugara czy nawet kanały pod Faraldor budziły dużo mniejszą odrazę. Ku własnemu zdumieniu, zatęskniła za nimi w tej chwili. Wszędzie, byle stąd dalej!


Napotkani towarzysze Benny’ego okazali się być takimi, jakich chciała spotkać. Ponury mag a nawet krasnolud, który początkowo budził najwięcej obaw okazał się kompanem do rzeczy. Ich obecność, swobodna rozmowa i każdy krok w dal zacierały obraz „ludzkiego” rynsztoka, który właśnie opuszczali.


Ferie trudno odnaleźć. Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami… Nie, nie. Tak zaczynają się bajania dla dzieciąt. Ale możliwe, że wzięły swój początek od opisu do tego zakątka. Oczarowujący pięknem azyl - tym zdawała się naszej bohaterce leżąca na odludziu osada. Tchnienie spokoju i poczucie bezpieczeństwa zapraszało do zakosztowania gościny w miejscowej gospodzie, której wygody przechodziły jej najśmielsze oczekiwania.

Tego wieczora zanurzając się w śnieniu, ostatnim impulsem świadomości zdecydowała, że nigdy więcej chwilowe niepowodzenie nie zawróci jej z obranej raz drogi, bo w każdym, nawet najciemniejszym tunelu musi w końcu ukazać się światło.
I ukazało się, po raz kolejny we śnie, bajecznie roztańczone światło w migoczącym klejnocie z jej marzeń.
;)
Szanujmy się!
Awatar użytkownika
Kasiek
 
Posty: 433
Rejestracja: 01 lutego 2006, 20:23
Lokalizacja: Piaseczno

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie VI Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron