Dziennik Caia Derthur

dzieje i ciekawe opowieści spisane przez żywe istoty Studni Dusz

Moderatorzy: Tasardur, Junior Admin

Dziennik Caia Derthur

Postautor: Vaynard » 17 stycznia 2011, 19:01

Rozdział I Poznawanie Lodor.


Lodor... nareszcie po tylu dniach podróży na miejscu. Nic ciekawego w sumie, miasto Aldur, nic interesującego. Prócz tego, że jest tu zimno, nie ma tu nic ciekawego mojej uwagi. A nie, chwila, jednak coś jest... Mimo, iż miasto nie ma najlepszych warunków pogodywych ściąga tu poszukiwaczy przygód. Właśnie tu poznałem pierwszą osobę, z którą po dziś dzień mam kontakty. Ju, młoda dziewczyna, która wiecznie chce pomagać innym całkowicie bezinteresownie. Trochę łatwowierna, pomaga każdemu nie znając nawet drugiej osoby. Kiedyś to ją może zgubić, ale to nie moja sprawa... Z drugiej strony jest w niej coś, coś czego jej zazdroszczę. Spokój ducha i opanowanie i to w każdej sytuacji. Nigdy nie widziałem jej zdenerwowanej czy złej na coś. W sumie sporo jej zawdzięczam, pomagała mi sporo w czasie moich pierwszych dni na Lodor, a to właśnie one były najtrudniejsze. W sumie dzięki niej szybciej doszedłem do wprawy.

***

Kolejne dni stawały się coraz prostsze. Poznawałem co chwila nowe osoby. Większość z nich była przyjacielsko nastawiona, jednak to pewnie tylko dlatego, że nie wiedzieli lub nadal nie widzą kim naprawdę jestem.
W sumie do teraz mało kto zna mój sekret i lepiej by tak zostało. Co prawda Lodor jest miejscem, gdzie takie dziwadła jak ja to nic aż tak nadzwyczajnego, jednak nie każdy potrafi przyjąc fakt odnośnie tego kim jestem.
Z upływem czasu udało mi się opanować sporą liczbę zaklęć, które to z każdym dniem stawały się coraz skuteczniejsze. Udało mi się opanować sztukę zaklinania różdżek prostymi czarami oraz rozwinąłem umiejętności w wyrabianiu pancerzy, zaś moje wyroby są uznawane za jedne z najepszych możliwych do zakupienia tutaj. Dzięki tym umiejętnościom szybko dorobiłem się niemałej fortuny. Z biegiem czasu również przekonałem się, że tutaj nie ma rzeczy w zasadzie niemożliwych. Rzeczy, które tu się dzieją potrafią zaskakiwać.
Jednak najdziwniejszym faktem było dla mnie, że są osoby, które potrafią zaakceptować to kim jestem. Jedną z tych osób jest niejaki Hirio Akar, a w zasadzie już teraz Mostill...
Kilka słów o nim? Cóż... specyficzna osoba. Ma naturalny talent do pakowania się w kłopoty. Zastanawia mnie jednak kto bardziej jest w tym utalentowany. On czy jego żona... pewnym jest, że świetnie się dobrali, bo jak to mówią, nieszczęścia chodzą parami. Jednak jedno czego nie można mu odmówić to nietuzinkowe umiejętności w walce orężem. Zazdroszczę mu trochę tego, zawsze chciałem być wojownikiem. No i mimo wszystko dobry z niego przyjaciel.
Po części i jemu zawdzięczam, że pozostała we mnie ta ludzka część.

***

Miejscem, które szczególnie zasługuje moim zdaniem na uwagę jest miasto Aritel, położone w Lesie Glowian pomiędzy Polanami Vegnar a Wzgórzami Neroda. To piękne miejsce, zaś miasto głównie utrzymuje się z handlu. Miasto szybko wzbudziło moją sympatię. W zasadzie sporo mnie trzyma w tym miejscu. Po pierwsze jest spokojne, to duża zaleta. Jakby nie było mam tutaj pracę dzięki umowie z Edeverdem no i wybudowałem w twierdzy dwórek. Poza tym Lord sprawujący tu władzę jest również tak sądzę... moim przyjacielem. Również należy do nielicznego grona osób, które naprawdę mnie znają. Co można o nim powiedzieć? Cóż...Vernitz potrafi zaplanować i doskonale ułożyć taktykę o czym przekonałem się na niejednej wyprawie z nim. Jest sprawiedliwy, ma poczucie humoru, jednak gdy wymaga tego sytuacja potrafi zachować powagę, jest stanowczy i bezpośredni. Zawsze mogę liczyć na jego pomoc o czym również nie raz i nie dwa się przekonałem. No i jego umiejętności bojowe w czasie wypraw są poprostu nieocenione. Odpowiada mi jego towarzystwo. Chyba z nikim do tej pory nie podróżowałem więcej jak właśnie z nim i z jego sekretarką Aleą. No właśnie. Alea. To również specyficzna i interesująca osoba. Jest wredna... tak, to jej dominująca cecha. Ale nie można nie wspomnieć o jej niebywałym intelekcie i umiejętnościach magicznych znacznie przewyższających moje umiejętności. Poza tym również jest stanowcza, bywa denerwująca, jednak mimo to nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię. Potrafi zarówno skrytykować jak i docenić to co robię. W gruncie rzeczy wcale nie jest taka zła jak większość myśli, wydaje mi się, że jest to kwestia dobrego poznania jej.
Kolejną osobą, która sporo wniosła do mojego życia na Lodor jest... *w tym miejscu pojawia się urwany tekst, zaś kawałek niżej jest jego kontynuuacja* jednak tej osoby nie chcę wspominać, najchętniej, gdybym mógł, wymazałbym ten fragment ze swojego życia.
Z osób, które napewno będę jeszcze mile wspominał z mojego bliskiego otoczenia jest Angran. Elf, kupiec. Z pozoru nie ma w nim nic niezwykłego. Jednak za co będę go mile wspominał? Cóż... również towarzyszył mi w niejednej wyprawie. Charakteryzuje ciekawą osobowością, nietuzinkowym poczuciem humoru i rozsądkiem. Jest jedną z nielicznych osób, którą mogę siąść w karczmie i godzinami rozmawiać tak naprawdę o niczym istotnym.
Ostatnią osobą, którą chcę tu wymienić jest Sevrin. Podobnie jak Hirio jest wojownikiem, z tym, że jego umiejętności moim zdaniem są nieco wyższe. Doskonale opanował fechtunek. Co mozna o nim powiedzieć ciekawego... Dominującą cechą u niego jest chciwość. Co mu zawdzięczam? Jego umiejętność krytykowania innych. Jest jedną z nielicznych osób, która potrafi bez ogródek wyumienić wszystkie wady po kolei przez co nie raz mnie zmotywował do czegoś, choć dopiero po upływie tak długiego czasu potrafię to dostrzec. Czy robi to świadomie? Co do tego nie mogę być przekonany, gdyż rozumem to on nie grzeszy, jednak jak to mówią nikt nie jest doskonały i nie można mieć wszystkiego.
Sądzę, że te osoby są kluczowe i najbardziej przyczyniły się do tego kim jestem. Nie mam chęci by teraz wymieniać wszystkich, których znam, jednak jeśli w przyszłości czas pozwoli to napewno pojawi się tu więcej osób.
Aaa... zapomniałbym, pominąłem jedną ważną osobę. Jest nią Naridia Mostill, żona Hiria, zapalona kapłanka Oweodda. A cóż w niej takiego specyficznego? Otóż wiele. Co moge o niej powiedzieć... jest porywcza, wręcz impulsywna, nerwowa, nieodpowiedzialna, irytująca, bezczelna. Dlaczego o niej wspominam? Bo przez nią przeszedłem przez najbardziej piekielne doświadczenie w moim życiu... Mam tu na myśli poród. Taaak... nigdy więcej, o nieee... nigdy więcej żadnych porodów! Mimo to jest wrażliwa i wręcz pozorom jakie sprawia nie jest aż tak głupia... chyba. Czy mogę ją nazwać przyjaciółką? Tego nie wiem do końca, po pierwsze nie ma pojęcia odnośnie tego kim jestem, a po drugie zawiodła moje zaufanie. Czy je odbuduje czas pokaże.

***
Gadu: 2372425

"Szaleństwo jest źródłem rozkoszy,
znanym jedynie szaleńcom."

Vaynard Zanboku/M'rin Nyn'loth - V era
Guinglain Ares/Cai Derthur - VI era

Czasem grywam.
Awatar użytkownika
Vaynard
 
Posty: 207
Rejestracja: 11 października 2009, 14:18
Lokalizacja: Tczew

Postautor: Vaynard » 07 lutego 2011, 08:34

Rozdział II Wieczne Miasto Elfów, czyli Faraldor.

Faraldor, jest to olbrzymie, piękne miasto. Przedewszystkim bogate. Zdobią go liczne posągi oraz piękna roślinność. Jednak mieszkańcy tego miasta nie są zbyt pozytywnie nastawieni do przybyszów, a w szczególności przybyszów innych ras. Co mogę jeszcze powiedzieć o tym mieście. Nie wiem dlaczego, ale właśnie tam najwięcej się dzieje. Zaczęło się od plagi. Później jakiś samozwaniec chciał dojść do władzy kończąc na Dziecku Malada, które przebywa obecnie w tym mieście. Gdybym mógł omijałbym najchętniej to miasto szerokim łukiem, jednak po tym wszystkim w czym tam uczestniczyłem w jakimś stopniu związałem się z tym miastem i nie jest mi ono do końca obojętne. Poza tym w pewnym sensie wypada pomagać temu miastu, z racji, że miasto którego jestem obywatelem ma z nim sojusz. Jednak nie ma w tym mieście dla mnie nic atrakcyjnego. Jedynie z tamtejszymi magami dobrze układa mi się współpraca. No i jest jedna istotna dla mnie osoba, której zależy na tym mieście, jednak nie będę się tu rozwodził na takie tematy, są one dla mnie zbyt trudne, a wspomnienia o nich bywają bolesne do tego stopnia, że najchętniej pozbył się ludzkiej części, która mi pozostała. W zasadzie sprawia mi ona same problemy, ale dopóki nie ma pewności, że nie odwrócę tego co się stało nie podejmę decyzji.

***

Któż by pomyśliał, że Faraldor będzie celem ataku Tiamata. Tiamat jest to pięciogłowy smok, oblrzymi, znacznie większy od tych Lodorskich. Ponoć to od niego wywodzą się chromatyczne smoki. To jest bestia, ogłosił swoje Pięć Praw, między innymi to, że chce być władcą wszystkiego na Lodor no i nie można być nieśmiertelnym. Za późno to ogłosił... Zresztą to nieistotne, bo nie będę się słuchał jaszczurki. Fakt jest taki, że jest potężnym gadem, ale... da się go pokonać. Postanowił on wziąć odwet za ataki na jego osobę i runął na Dzielnice Portową w Faraldor. Wraz z Vernitzem, Le'Lu', pewnym najemnikiem i sylwanką postanowiliśmy wesprzeć Faraldor. Bitwa była bardzo długo i ciężka, ostatecznie udało się zmusić Praojca do odwrotu. W sumie po tej bitwie zacząłem poważnie doceniać właściwości jakie nadaje mi wszczep, jestem przez to naprawdę dużo bardziej odporny na ciosy jak myślałem. Sporo elfów ginęło od ciosów Tiamata, jednak mi odziwo udawało się je przetrzymać, a przynajmniej do pewnego czasu. No i w sumie mam bardzo ważną rzecz do zapamiętania: NIGDY, ale to NIGDY NIE rzucać teleportacji BEZ PRZYGOTOWANIA, bywa to baaaardzo przykre w skutkach. W sumie skutków wolę nie pamiętać, wystarczy, że nie będę tego więcej robił.

***

Rozdział III Aritel

Aritel jak wcześniej pisałem jest to miasto, które szczególnie przypadło mi do gustu. Jednak jak czas pokazał, miasto ma wielu wrogów, a szczególnie wrogo nastowiaone są tutaj krasnoludy z Twierdzy Vegnar. Nie mam jednak ochoty rozpisywać się na ten temat. W mieście można spotkać wiele osób dość przychylnie nastawionych, zwłaszcza kiedy dysponuje się pełną sakwą złota. Wielu z moich znajomych i przyjaciół jest obywatelami tegoż miasta. Moim najbardziej ulubionym miejscem tego miasta jest fontanna umiejscowiana naprzeciw jednej z bram. Potrafię godzinami przesiadywać na niej i rozmyślać bądź czytać księgi. Dlaczego właśnie tutaj? Sam nie wiem. Ogólnie doszedłem ostatnio do wniosku, że większość moich zachowań stała się dla mnie zagadką. Możliwe, że to nekromancja wypaczyła mnie już do tego stopnia, że nie potrafię określić czym się kieruje. A może już mi poprostu tak wygodnie, by tłumić emocje albo udawać, że ich nie ma. W sumie ma to sens zwłaszcza po tym co mnie tutaj spotkało. To nie jest ucieczka, to jest wygoda, a w końcu mam do niej prawo.

***

Nie może być, jednak stało się to czego się obawiałem. Aritel zostało napadnięte przez krasnoludy wraz z kilkoma oprychami pod wodzą Athaneliusa. Przeklęte dranie. Przeciwnik miał nad nami oblrzymią przewagę, zwłaszcza liczebną. To jest dopiero brak honoru, napadać teoretycznie bezbronną osadę. Ale jak się okazało nie aż tak bezbronną. Co prawda nie ma tu zbyt potężnej regularnej armii, ale są mieszkańcy, którzy postanowili bronić swoich domostw. Długi czas walka toczyła się od strony portu. Skutecznie odpieraliśmy natarcia, udało się nawet strącić kilka statków i zatopić dzięki meteorytom. Po zażartej bitwie od strony portu krasnoludy zmusiły nas do obrony w Twierdzy. W sumie udało się nam odeprzeć atak od strony morskiej, ale to był dopiero początek zmagań, a w zasadzie tak myślałem. Jednak te przebiegłe krasnoludy zaskoczyły mnie! Udało im się mnie wysłać do innej sfery i zanim się wydostałem było już po bitwie, to dopiero dranie. Na szczęście udało się obronić Twierdzę przed najeźdzcą, jednak zabudowania w Lesie Glowian zostały doszczętnie zniszczone. Gdzie ja teraz będę przesiadywał godzinami?! Ehh... mam nadzieję, że zapłacą jeszcze za to! Gdybym mógł najchętniej zrównałbym ich Twierdzę z ziemią! Zobaczyłyby jak to jest, gdy ktoś niszczy ich dom i dobytek. Jestem jednak w głębi duszy przekonany, że kiedyś przyjdzie im za to zapłacić.

***

Dzisiejszy dzień był poprostu dziwny, ale napewno wiele zmienia. Zaczęło się w sumie niewinnie. Spotkałem Angrana i Vernitza w Twierdzy, pogawędziliśmy chwilę, pojawiła się Alea, posmęciła jak zwykle no i poszła, my zaś ruszyliśmy na Skrzyżowanie Daclora. Angran gdzieś się ulotnił, Vernitz załatwiał jakieś sprawy w tawernie. Posiedziałem przed Dziuplą pogawędziłem trochę z kilkoma osobami. Coraz mniej spotykam tu starych znajomych, a spotkać można sporo nowych osób i... tak, mam ich gdzieś. Po jakimś czasie zebraliśmy się u Zdzisława w karczmie. Dziś panował tam spory ruch. Po jakimś czasie pojawił się jakiś Periończyk i coś mówił o Tiamacie. Pewnie będzie szukał awanturników do pomocy walki z tą bestią. Nastąpiła burza mózgów i doszli do podobnych pomysłów jak my jakieś dwa miesiące temu, mniejsza i tak są praktycznie nie do zrealizowania. Po czasie majac już dość bredni wyszliśmy na zewnątrz i ruszyliśmy na szczyt Cytadeli. Tam właśnie nastąpiło coś czego się w życiu nie spodziewałem. Odbyliśmy początkowo walkę z Omerazem. Po bitwie zaczęła się dość poważna rozmowa na temat Tiamata. Przedstawiłem kilka swoich pomysłów po czym Vernitz przedstawił swoje. Podzielili się nawet szczątkowo wiedzą o nim i o tym co udało im się zebrać. Wtedy Alea zaczęła mnie wypytywać o moje cele w życiu i jaki mam stosunek do Lodor. Na koniec zaproponowała mi abym dołączył do organizacji, którą zaczęła tworzyć. Nazwała to bractwem, wzamian za wierność i pomoc w obronie Lodor powiedziała, że przekaże mi część swojej wiedzy, abym mógł skuteczniej chronić Lodor przed niebezpieczeństwami. Organizacja nie jest zbyt liczna, liczy sobie włącznie ze mną 13 osób, ale to zawsze coś. Jak to się dalej potoczy czas pokaże, ale nie spodziewałem się aż takiego zaufania z jej strony. Zwłaszcza po tym jak niechcący sprowadziłem demona na Aldur. W sumie jedyne co mi zostało to wziąć się w garść, nie oglądać się w przeszłość i być gotowym na to co nadchodzi. No i w sumie trzeba się przygotować do unicestwienia Tiamata, mam nadzieję, że plan Vernitza zadziała, bo nie jest on prosty w realizacji, a nawet dość ryzykowny. Jak będzie to czas pokaże.

***
Gadu: 2372425

"Szaleństwo jest źródłem rozkoszy,
znanym jedynie szaleńcom."

Vaynard Zanboku/M'rin Nyn'loth - V era
Guinglain Ares/Cai Derthur - VI era

Czasem grywam.
Awatar użytkownika
Vaynard
 
Posty: 207
Rejestracja: 11 października 2009, 14:18
Lokalizacja: Tczew

Postautor: Vaynard » 18 maja 2011, 21:03

Rozdział IV Dalsze moje dzieje

Co tu dużo mówić, od czasu, gdy przystąpiłem do Bractwa cały czas poszerzam swoją wiedzę. Nauczyłem się podstaw obrony przed nekromancją, manipulacji energią, rozszerzyłem swoję wiedzę na temat odrzucania. Wszystko dzięki Srebrnemu i temu co Alea sobie... wymyśli. Sporo się działo od ostatniego czasu. Demony już niemal całkowicie rozpanoszyły się na Lodor. Większość barier, które je powstrzymywała została zniszczona i do tego wszystkiego doszła ta demoniczna zaraza. Wspólnymi siłami wraz z Naryldorem i Sarurate udało nam się stworzyć pierwszą wersję leku leczącą słabo rozwiniętą chorobę.
Do tego dochodzi fakt posiadania Muszli Trytonów przez demony. Nie znaczy to, że my nic nie robimy, jednak z dnia na dzień tracę chęci, ponieważ czego bym nie wymyślił lub nie próbował na dobrą sprawę nie ma to sensu albo to zbyt mało by czemukolwiek zapobiegać.
Warto też zanotować, że w Faraldor miała miejsca bitwa z tym całym Tiamtem. Zniszczył pół dzielnicy Portowej, ale ostatecznie udało się odeprzeć jego natarcie. Nie jest tak straszny jak o nim mówią, albo... nie doszedł do pełni mocy, tak czy siak jest mniejszym zagrożeniem jak same demony.
Co tu więcej bym mógł powiedzieć. Ostatnio nie widuję praktycznie nikogo ze starych znajomych. Czasem spotkam Angrana, a reszta poprostu przepadła. Możliwe, że z czasem zawrę nowe wiadomości, ale z moją osobowością to raczej trudne no i dochodzi do tego fakt odnośnie tego kim naprawdę jestem, a to, że znalazłem osoby, które to akceptują to nie oznacza, że znajdę takich więcej. Chociaż... na dobrą sprawę czasem lepiej jest, gdy inni żyją w błogiej nieświadomości.
Udało mi się również natrafić na ślad magii Cienia, o której do tej pory sądziłem, że jest tylko legendą. Może uda mi się odkryć coś więcej, jednak to już czas pokaże, którego mam dość sporo w swoim życiu.
Gadu: 2372425

"Szaleństwo jest źródłem rozkoszy,
znanym jedynie szaleńcom."

Vaynard Zanboku/M'rin Nyn'loth - V era
Guinglain Ares/Cai Derthur - VI era

Czasem grywam.
Awatar użytkownika
Vaynard
 
Posty: 207
Rejestracja: 11 października 2009, 14:18
Lokalizacja: Tczew

Szybka odpowiedź

   

Wróć do Pamiętniki i historie VI Ery

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron